Pewnego dnia obudzisz się i nie będziesz tą samą osobę. Twoje włosy będą dłuższe, a zmarszczki pojawią się dookoła pełnych ust. Zobaczysz świat innym, niż kiedykolwiek go widziałaś. Ponieważ to co wydarzyło się wcześniej, nigdy więcej nie będzie miało miejsca. Nie zależnie jak bardzo będziesz się starać, ten dzień nie wróci. Ty również. Każdego następnego dnia będziesz starsza, a życie zacznie ci uciekać między palcami. Pewnego dnia obudzisz się i zrozumiesz, że zmarnowałaś coś, co było największym darem, coś co nigdy nie wróci. Twoje życie.
Potworny ból przeszył moją głowę. Starałam się otworzyć oczy, jednak moje powieki zdawały się być zbyt ciężkie. Ciało nie chciało ze mną współpracować i dopiero po chwili mogłam się poruszyć. Od razu tego pożałowałam. Ból w udzie stał się przeszywający, przygniatając mnie do łóżka. Spojrzałam na swoje biurko zawalone kartkami. Teraz stały na nim buteleczki z lekami oraz bandaże. Pierwszy raz widziałam je u siebie w pokoju. Zamrugałam kilka razy, aby bardziej wyostrzyć swój wzrok. Dopiero po chwili przypomniałam sobie wydarzenia z łazienki. Wspomnienia spadły na mnie, przyciskając do łóżka. W moich oczach po raz kolejny pojawiły się łzy, których nie miałam siły zetrzeć. Po prostu płakałam nad swoim losem. Wszystko mnie bolało, czułam się okropnie. Wtedy w mojej głowie pojawił się obraz Jake'a. Jego zmartwiony wzrok, usłyszałam udręczony krzyk, który wypełnił moją głowę.
Nagle poczułam przeszywający ból uda. Piekło potwornie, a z moich oczu popłynęły kolejne łzy. Jęknęłam, prosząc o zmniejszenie mojego bólu. Drzwi do pokoju się otworzyły, jednak nie zdążyłam zauważyć, kto do niego wszedł, ponieważ zemdlałam.
*Jake*
Wziąłem tacę z lekami przeciwbólowymi i szklankę z wodą. Lekarz, który przyszedł ją zbadać powiedział, że Ariana powinna się niedługo obudzić. Nie było z nią najlepiej. Straciła sporą ilość krwi a ranę trzeba było zaszyć. Przez ostatnie kilka godzin siedziałem przy niej, trzymając jej chudą, bladą dłoń. Nie wiedziałem, czemu to robiłem. Chwilę wcześniej była mi zupełnie obojętna, a jednak coś kazało mi się nią zająć. Nie chciałem się o nią martwić, nie była warta mojego czasu ... przynajmniej tak mi się wydawało.
Wszedłem do przyciemnionego pokoju, któremu dawało światło jedynie mała lampka. Odłożyłem tacę na biurko i podszedłem do dziewczyny. Była blada, a na policzkach widniały ślady łez. Musiała się obudzić, kiedy mnie nie było. Westchnąłem i pogładziłem dziewczynę po włosach, siadając na łóżku obok niej. Była wychudzona, a kości wystawały spod jej cienkiej koszulki. Nakryłem Arianę mocnej kołdrą, sprawdzając jeszcze czy nie dostała gorączki. Lekarz uprzedził, że może do tego dojść.
Drzwi od pokoju otworzyły się i ujrzałem w nich Kylie. Pierwszy raz widziałem ją w takim nieładzie. Markowe ciuchy zastąpiła dresami, a bladej, zmartwionej twarzy nie przykrywała warstwa makijażu.
- Jak ona się czuje? - spytała cicho, siadając na krześle. Naciągnęła rękawy czarnej bluzy, przyglądając się śpiącej Arianie.
- Nie mam pojęcia. Powinna się niedługo obudzić. Jak na razie nie ma gorączki, więc nie jest chyba żle.
Kylie pokiwała głową, patrząc na mnie uważnie.
- Nigdy cię takiego nie widziałam.
- Jakiego?
- Troszczysz się o nią.
Prychnąłem, odsuwając się od Ariany.
- Wcale tego nie robię. Po prostu jest mi jej szkoda.
- Proszę cię - westchnęła i pokręciła głową na boki. Kosmyki włosów wyszły z jej lużnego koka - Możesz okłamywać mnie, ale nie okłamuj siebie.
- Dobrze wiesz, że tego nie robię.Jestem szczery.
Dziewczyna westchnęła, spoglądając ostatni raz na dziewczynę. Ucałowała ją w policzek i podeszła do drzwi.
- Jasne - jej ramiona uniosły się i opadły - jesteś szczery.
Jej głos był słaby, ale przepełniony sarkazmem. Sam nie wiem komu mam wierzyć. Ja sam sobie nie wierzę. Nie potrafię już odróżnić prawdy od kłamstwa, ponieważ przestaję jasno myśleć. Wszystko przez tą dziewczynę. Zabiera mi coś, czego nie będę mógł otrzymać ponownie.
Zabiera mi moje serce.
*Ariana*
Czyjaś dłoń dotknęła mojej, a przez ciało przeszedł mnie dreszcz. Zaczęłam się powoli budzić. Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy, aby wyostrzył mi się wzrok. Zauważyłam, że na moim łóżku siedzi Jake. Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na zmartwionego chłopaka. Dopiero po chwili zauważył, że się przebudziłam. Odsunął się ode mnie gwałtownie, pozostawiając po sobie chłód, którego nie chciałam odczuwać. Postanowiłam się podnieść, jednak mój plan został szybko uniemożliwiony. Ból głowy i uda stanowczo mi to uniemożliwił.
- Poczekaj, pomogę ci.
Ciepłe dłonie dotknęły moich boków, delikatnie unosząc i opierając o ścianę. Oddech chłopaka na mojej szyi sprawił, że dostałam gęsiej skórki. Jake to zauważył i przykrył mnie kocem, myśląc, że jest mi zimno. Chciałabym, aby tak właśnie było.
- Napij się i weż te leki.
Przytaknęłam głową, jak posłuszne dziecko. Nie miałam siły pytać się go gdzie jest reszta oraz czemu to on ze mną siedzi. Chciałam po prostu, aby przestało mnie boleć. Psychicznie i fizycznie. To, że czułam się żle, to mało powiedziane. Nie miałam siły się poruszać, nie chciałam tego robić. Wolałam siedzieć w łóżku i nikomu się nie pokazywać. Nie mam ochoty na rozmowy z ludżmi, na udawanie normalnej. Nigdy nią nie byłam, ponieważ nigdy nie byłam sobą. Zawsze był ktoś, komu musiałam się podporządkować. Teraz nie wiem kim jestem. To jest chyba najgorsze. Czuję się, jakbym siedziała w obcym ciele, ponieważ nie znam samej siebie.
Panowała w pokoju dziwna, niezręczna cisza. Jake nie wyglądał jak zwykle, nie był pewny siebie i gadatliwy. Jego postawa świadczyła o zmęczeniu a rumieńce na policzkach ... chwila, czy on się wstydził? Onieśmielam go?
- Dziękuję, że tutaj jesteś - powiedziałam, starając się przerwać panującą ciszę. Sama nie wiem, czemu to zrobiłam. Może chciałam, żeby zrobiło mu się milej? Może nie chciałam wyjść na bezuczuciową sukę?
Odpowiedż chłopaka mnie zaskoczyła. Jake tylko prychnął i wyszedł. Tak po prostu. Zostawił mnie samą z swoimi myślami. Nie wiedziałam, co złego zrobiłam.Starałam się być miła, a on zachował się jak typowy cham. Kurwa, jakiś bipolarny jest chyba. Najpierw mi pomaga i jest miły, a za chwilę prycha na mnie. Myślałam, że będę mogła go chodż trochę polubić, ale to uczucie stanowczo minęło.
Drzwi od mojego pokoju się otworzyły, a ja przyłapałam się na poczuciu, że to Jake postanowił mnie przeprosić. Szybko skarciłam się w myślach i postarałam przybrać jakikolwiek uśmiech na twarz. Co no cóż, było cholerne trudne. Tabletki jeszcze nie zaczęły działać, a moje myśli były bardzo rozbiegane.
Moje ciało zostało porwane w dobrze mi znane ramiona. Max przytulił mnie do siebie, całując w czubek głowy. Mimo wszystko, ten czuły ruch był zbyt gwałtowny, prze co mimo woli syknęłam z bólu.
- Przepraszam kochanie.
Max gwałtownie się ode mnie odsunął, siadając na brzegu łóżka. Wyglądał na równie zmartwionego, co Kylie, która zajęła miejsce na krześle obok. Wyglądali, jakby nie przespali kilku nocy, a z tego co orientuję się w zegarku minęło 6 godzin.
- Jak się czujesz?
Westchnęłam, zauważając rozbiegany wzrok dziewczyny. Patrzyła się wszędzie, tylko nie na mnie. Czy wyglądałam aż tak żle?
- Tak jak widzisz. - spuściłam wzrok na swoje palce, które zaciskały się na białej pościeli - co się działo, kiedy byłam nieprzytomna przez te kilka godzin?
- Kilka godzin?! Cholera, dziewczyno nie było z tobą kontaktu przez dwa dni.
Wytrzeszczyłam oczy, patrząc na moich przyjaciół. Takiego obrotu spraw nie przewidziałam. To, co się tutaj działo musiało być szalone. Teraz rozumiem, dlaczego wyglądają, jakby długo nie spali.
- Nawet sobie nie wyobrażasz jakie piekło przeżyliśmy przez ostatnie godziny. Staraliśmy się cię wybudzić, ale kiedy nie dawaliśmy rady, a wciąż traciliśmy krew, musieliśmy zadzwonić po lekarza. - Szpital znajduje się jakieś 2 godziny stąd, więc nie było sensu narażać cię na dodatkowe niebezpieczeństwo - dopowiedział chłopak, biorąc mnie za rękę.
- Jednak - głos Kylie delikatnie się załamał - lekarz również miał duże problemy. Miałaś drgawki, a doktor brał pod uwagę, że będziesz potrzebowała transfuzji krwi. Tak strasznie się martwił o ciebie. Myślałam, że .... że ty już się nie wybudzisz. Bałam się, że mnie zostawiłaś.
W tym momencie dziewczyna całkowicie się rozkleiła. Łzy spływały po jej policzkach w zastraszająco szybkim tempie. Ja sama poczułam, że będę za chwilę płakać. Kylie się o mnie martwiła. To uczucie, że komuś na mnie zależy było czymś cudownym. Przytuliłam do siebie dziewczynę, nie przejmując się bólem uda. Płakałyśmy wzajemnie, delikatnie kołysząc się na boki. Za chwilę poczułam jak męskie ramiona obejmują nas, a Max przyłączył się do grupowego uścisku.
Zaczęłam dziękować Bogu, w którego nie wierzyłam, za tak cudownych przyjaciół. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak wiele im zawdzięczam. Moje życie jest w ich rękach i nigdy nie czułam się bardziej bezpieczna.
- Nie masz za co dziękować.
Kylie szepnęła do mnie, a ja zorientowałam się, że ostatnie kilka zdań wypowiedziałam na głos. Przymknęłam oczy, mocniej przytulając się do dziewczyny. Pierwszy raz poczułam, że nie jestem ze wszystkim sama, że mam na kogo liczyć.
- Kocham was dziewczyny - powiedział Max i mocniej przytulił nas do siebie.
Brak oddechu
Kiedy wydaje się, że wszystko się skończyło, wtedy dopiero wszystko się zaczyna
środa, 3 lutego 2016
piątek, 29 stycznia 2016
Rozdział 4 Przestań mówić nie!
Wszyscy czekamy na ciebie ... wszyscy czekamy na ciebie.
Te słowa wydały mi się dziwnie. Nikt nigdy na mnie nie czekał. Nikomu nie byłam potrzebna. Nikt mnie nigdzie nie zapraszał. Przyzwyczaiłam się do samotności, do uczucia pustki w sercu. Ktoś może powiedzieć, że powinnam być wdzięczna Bogu za to, co dla mnie zrobił. Za nowych przyjaciół, za miłość, którą mnie darzą. Jak jednak dziękować komuś, kogo nie ma?
Zamknęłam drzwi od mojego pokoju, od jedynego miejsca w którym .... chodż nie, tutaj też nie czułam się bezpiecznie. Nie miałam gdzie się schować. Przed samą sobą nie ma ucieczki. Naciągnęłam rękawy bluzy i ruszyłam na dół, szurając nogami. Nie byłam głodna, nie chciałam z nikim rozmawiać. Mimo wszystko musiałam udawać szczęśliwą przed znajomymi Kylie i Maxa. Musiałam zrobić to dla nich, nie dla siebie.
Weszłam do oświetlonej jadalni. Przy ogromnym stole, zastawionym różnymi potrawami siedzieli już wszyscy. Rozmawiali, uśmiechali się ... a potem zobaczyli mnie i zrobiło się niezręcznie. Nie powiem, było mi przykro. Wiedziałam, że do nich nie pasuję, że jesteśmy zupełnie różni, że się mnie boją. Mimo wszystko, ból był taki sam. Już nawet sztuczny uśmiech nie chciał wstąpić na moją twarz.
- Wreszcie zeszłaś do nas.
Powiedziała Kylie, wskazując ręką na wolne krzesło obok niej. Pokiwałam głową i ruszyłam na wyznaczone mi miejsce. Po drodze mój wzrok spotkał się z wzrokiem ... Jace ... Jamie ... Jake'a . Tak, właśnie, Jake'a.
Jego brązowe oczy były bardzo piękne. Wyglądały na zmartwione, smutne. Nie wiedziałam jednak z jakiego powodu, skoro chwilę wcześniej uśmiechał się wraz z innymi.
- Już nałożyłam ci jedzenie.
Spojrzałam na talerz z niewielką ilością kurczaka i ziemniaków. Wyglądało to jak porcja dla małego dziecka, jednak nie jestem pewna, czy zjem też to. Dzisiaj wyjątkowo mój apetyt wynosił 0. Uniosłam widelec z porcją ziemniaków do ust, przysłuchując się rozmowie innych.
- Wciąż nie mogę uwierzyć co się tutaj dzieje - powiedział Mat, przeczesując swoje czarne włosy palcami.
- Kurwa nie ty jeden - oczy Jake'a delikatnie się przymknęły - nie wiem jak mamy sobie z tym wszystkim poradzić, bo do jasnej cholery,nic o nich nie wiemy.
Ja również nic nie wiedziałam. Nie rozumiałam o kim i o czym oni wszyscy mówią.
- Jestem ciekawa, czego mogą chcieć. - westchnęła Kylie, grzebiąc w swoim talerzu.
Oczu Daisy zabłysły, a na twarzy pojawił się złowieszczy uśmiech.
- Jak to czego, naszej śmierci.
W jadalni zapadła kompletna cisza. Moja dłoń zatrzymała się w połowie drogi po szklankę z sokiem. Nie potrafiłam się poruszyć. Byłam zaskoczona tym, co mówią. Moja ciekawość bardzo wzrosła. Mimo wszystko nie ośmieliłam się zadać pytania. Po prostu nie potrafiłam wydusić z siebie słowa.
Po chwili wzrok zgromadzonych spadł na mnie. Oczekiwali mojej odpowiedzi, chcieli wiedzieć jak zareaguję, ale ja sama nie wiedziałam co o tym myśleć. Czułam się jak małe dziecko, samotne w obcym świecie. Nie wiedziałam o czym do mnie mówiono, jak zareagować.
- Porozmawiamy o tym póżniej - powiedział Max. Nie byłam pewna jednak, do kogo się zwrócił.
Napiłam się soku, czując jak zimna ciecz przepływa przez moje gardło.
- Wiem!!! - głośny krzyk wdarł się do mojej głowy. Skrzywiłam się i spojrzałam na uśmiechniętą od ucha do ucha Kylie. - Mam cudowny pomysł.
- Ty i cudowny pomysł? - Jake spojrzał na dziewczynę spode łba - to się nie łączy.
- Siedż cicho, ta sprawa cię nie dotyczy. - wzrok Kylie spoczął na mnie - wyjdżmy jutro na zakupy do galerii.
Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Mój umysł zaczął świrować. Nie byłam poza bramą tego domu od kilku miesięcy. Podobało mi się życie w klatce.
- No chyba cię pojebało - w końcu powiedziałam, nie przejmując się skrzywioną miną dziewczyny - nigdzie nie idę.
- Proszę cię, będzie cudownie.
- Chyba dla ciebie - przymknęłam oczy, aby chodż trochę uspokoić nagły przypływ gniewu. Ściszyłam mój głos do szeptu. - Dobrze wiesz, że nie chcę nigdzie iść.
- Wiem o tym, jednak powinnaś gdzieś wyjść - ręka dziewczyny znalazła się na mojej - Nie byłaś nigdzie już tak długo.
- Nie, naprawdę.
- Przestań mówić nie! - ochrypły głos Jake'a odezwał się w mojej głowie - chociaż spróbuj. Czego się boisz?
No właśnie ... o co chodzi? Sama nie jestem pewna. Boję się, ale nie wiem czego dokładnie. W końcu na każdym kroku czeka na mnie niebezpieczeństwo ... ja sama nim jestem.
- A jeśli spotkam kogoś znajomego? Co im powiem, że dlaczego niby opuściłam szkołę w połowie semestru? - wymyśliłam na poczekaniu.
W jadalni zapanowała cisza, przerywana nerwowym stukaniem paznokci Kylie o blat. Jedyne o czym teraz marzyłam to zaszycie się w łóżku. Zbyt dużo myśli znowu wkroczyło do mojej głowy.
- To pojedżmy do Londynu. Tam jest wielu różnych ludzi, miasto jest duże więc jest małe prawdopodobieństwo spotkania kogoś znajomego. Musimy załatwić kilka spraw, więc możemy pojechać tam razem.
- Tak, świetny pomysł Max - powiedziała Kylie, uśmiechając się jak małe dziecko - ale wciąż cię nienawidzę.
Super- powiedziałam w myślach. Moja ręka drżała, trzymając widelec. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jutro na prawdę wyjdę do ludzi. Pokażę się im ... Boję się, że mnie przejrzą, że zobaczą we mnie morderczynię. Zostanę przez nich wyśmiana. Tak,na pewno tak będzie. Ludzie nie przyjmą mnie takiej, jaką jestem. Połamanej na kawałki dziewczyny. Świat nie potrzebuje słabych, wrażliwych osób. Świat je połyka, ponieważ pragnie silnych, dzielnych ludzi. Zawadzam tutaj, więc nie mam powodu wtapiać się w środowisko. Chyba to boli mnie najbardziej.
Zmieniłam się.
Jestem gorsza od innych ludzi.
Ponieważ jestem słaba.
Moja warga zadrżała. Dopiero teraz zauważyłam, że moje policzki były mokre od łez.
- Ari? Czy wszystko w porządku? - cichy szept odezwał się przy mojej głowie.
Nie zwróciłam na nic uwagi. Miałam być twarda, miałam nie płakać. Jak to łatwo złamać człowieka....
Gwałtownie odeszłam od stołu, przewracając moje krzesło na podłogę. Głośny dżwięk zabrzmiał w moich uszach. Pobiegłam w stronę swojego pokoju, zachaczając po drodze o regał. Moje udo zostało mocno przecięte, a pulsujący ból o dziwo zaczął mnie uspokajać. Weszłam do łazienki nie spoglądając na siebie w lustrze. Nie chciałam widzieć, jak słaba się stałam. Usiadłam na zimnych kafelkach, przykładając ręcznik do rany. Krew wypływała obficie, brudząc podłogę czerwonymi plamami. Nabierałam małe wdechy, ledwie je wydychając. Nie miałam siły oddychać, płakać, żyć. Po prostu potrzebowałam spokoju od samej siebie i chorych myśli powstających w mojej głowie.
Chciałam wstać i umyć ręcznik. Jednak obraz mi się zamazał i zachwiałam się. Upadłam na podłogę, zwalając buteleczki z kosmetykami na ziemię. Tępy ból powiększał się z każdą chwilą, a mój oddech był bardzo nierówny. Ostatnie co zobaczyłam to twarz Jake'a a póżniej nastała ciemność.
*Jake*
Wziąłem do ust kolejną porcję ziemniaków. Kolacja przebiegała w bardzo nerwowej atmosferze. Matt jadł już 5 kurczaka, a Lucas przeglądał coś na telefonie. Ja sam starałem się nie przysłuchiwać rozmowie toczącej przy stole, co było trudne. Kylie co chwila coś wykrzykiwała, zagłuszając moje myśli w głowie. Starałem się opracować jakikolwiek plan zabicia gangu, odesłania ich na cholernego Marsa. Atmosfera przy stole stała się jednak nie do zniesienia i nie byłem jedynym, który to wyczuł. Max kręcił się nerwowo na krzesełku, przeczesując włosy palcami. Był zdenerwowany, jak połowa osób tutaj, więc przysłuchałem się rozmowie.
- Dobrze wiesz, że nie chcę nigdzie iść - głos Ariany zniżył się do szeptu. Jej twarz była bardzo blada, a z warkocza powychodziło kilka kosmyków ciemnych włosów.
- Wiem o tym, jednak powinnaś gdzieś iść.
Kylie uśmiechnęła się delikatnie, zupełnie zbijając mnie z tropu. Raz krzyczy, a za chwilę jest miła jak Matka Teresa. Obchodzą się z Arianą jak z dzieckiem, którym nie jest. Rozumiem każdy ma problemy, ale jakoś musimy sobie z nimi radzić. Ta dziewczyna żyje w skorupie, zupełnie odizolowana od świata. Jak ma wstać na nogi i żyć ponownie, kiedy pewnie nie wie, jaki mamy miesiąc. Ona się poddaje, a ma przed sobą całe życie. Nie może go zmarnować, ponieważ ubzdurała coś sobie. Jeśli nie oni, to ja jej pomogę.
- Nie, naprawdę.
- Przestań mówić nie! - krzyknąłem, nie przejmując się spojrzeniami innych. Ariana coraz bardziej mnie wkurza - chociaż spróbuj. Czego się boisz?
Nie słuchałem jednak jej odpowiedzi, ponieważ telefon w mojej kieszeni zawibrował. Dostałem wiadomość od nieznanego mi numeru: Już niedługo zobaczysz co to ból. Zmarszczyłem czoło, mocno rozmyślając. Poczułem, jak coś się we mnie gotuje. Byłem pewien, że jest to wiadomość od gangu. Po obiedzie postaram się ich namierzyć. Może byli wystarczająco głupi, żeby nie zniszczyć karty sim. Musi być jakiś sposób,aby ich wyeliminować.
Nagle ktoś przewrócił krzesełko, odchodząc gwałtownie od stołu. Dobrze wiedziałem, że była to Ariana. Nie wiem, co myśleć o tej dziewczynie. Znam ją tylko 2 dni, a zdążyła mnie zaciekawić. Raz jest potulna jak baranek, a póżniej potrafi nieżle nakrzyczeć na kogoś. Płacze, a potem strasznie się wkurza. Nie da się przewidzieć jej nastroju, ponieważ ona sama nie wie, co się z nią dzieje. Zdaje mi się, że tylko ja zauważam jej różne oblicza. Ma maski, które zakłada spotykając się z innymi ludżmi. Zgaduję, że tak właśnie wyglądało jej życie. Było sztuką, a ona jedyną grającą tam aktorką.
- Dzięki za obiad - powiedziałem i bez żadnych wyjaśnień odszedłem od stołu. Nie miałem ochoty na pogaduszki z innymi, moją głowę zajmowały poważniejsze sprawy. Sytuacja z gangiem zaczyna się robić coraz gorsza. Od kilku dni dostajemy dziwne smsy z pogróżkami. To zabawa w kotka i myszkę, która bardzo mi się nie podoba. Bo to oni są kotem, a my cholernymi myszkami. Nie możemy się ich bać, a jednak mają przewagę. Wiedzą wszytko, a my ..... nic. Jesteśmy w czarnej dupie.
Kiedy wchodziłem po schodach usłyszałem dziwny huk, jakby coś ... lub ktoś spadł na ziemię. Powinienem odejść i się nie przejmować. Mimo wszystko coś kazało mi otworzyć drzwi od łazienki i spojrzeć na podłogę. Na kafelkach znajdowało się dużo krwi, która wypływała z rany Ariany. Dziewczyna leżała w dziwnej pozycji na ziemi, patrząc się na mnie przymkniętymi oczami. Była potwornie blada, oddychała nierównomiernie. Automatycznie uklęknąłem przy niej, starając się przebudzić dziewczynę. Zemdlała. Zacząłem wołać moich przyjaciół, przyciskając ręcznik do rany dziewczyny.
Nie rozumiałem, dlaczego byłem zdenerwowany.
Nie rozumiałem, dlaczego moje ręce tak bardzo się trzęsły.
Nie rozumiałem, dlaczego się martwiłem.
Te słowa wydały mi się dziwnie. Nikt nigdy na mnie nie czekał. Nikomu nie byłam potrzebna. Nikt mnie nigdzie nie zapraszał. Przyzwyczaiłam się do samotności, do uczucia pustki w sercu. Ktoś może powiedzieć, że powinnam być wdzięczna Bogu za to, co dla mnie zrobił. Za nowych przyjaciół, za miłość, którą mnie darzą. Jak jednak dziękować komuś, kogo nie ma?
Zamknęłam drzwi od mojego pokoju, od jedynego miejsca w którym .... chodż nie, tutaj też nie czułam się bezpiecznie. Nie miałam gdzie się schować. Przed samą sobą nie ma ucieczki. Naciągnęłam rękawy bluzy i ruszyłam na dół, szurając nogami. Nie byłam głodna, nie chciałam z nikim rozmawiać. Mimo wszystko musiałam udawać szczęśliwą przed znajomymi Kylie i Maxa. Musiałam zrobić to dla nich, nie dla siebie.
Weszłam do oświetlonej jadalni. Przy ogromnym stole, zastawionym różnymi potrawami siedzieli już wszyscy. Rozmawiali, uśmiechali się ... a potem zobaczyli mnie i zrobiło się niezręcznie. Nie powiem, było mi przykro. Wiedziałam, że do nich nie pasuję, że jesteśmy zupełnie różni, że się mnie boją. Mimo wszystko, ból był taki sam. Już nawet sztuczny uśmiech nie chciał wstąpić na moją twarz.
- Wreszcie zeszłaś do nas.
Powiedziała Kylie, wskazując ręką na wolne krzesło obok niej. Pokiwałam głową i ruszyłam na wyznaczone mi miejsce. Po drodze mój wzrok spotkał się z wzrokiem ... Jace ... Jamie ... Jake'a . Tak, właśnie, Jake'a.
Jego brązowe oczy były bardzo piękne. Wyglądały na zmartwione, smutne. Nie wiedziałam jednak z jakiego powodu, skoro chwilę wcześniej uśmiechał się wraz z innymi.
- Już nałożyłam ci jedzenie.
Spojrzałam na talerz z niewielką ilością kurczaka i ziemniaków. Wyglądało to jak porcja dla małego dziecka, jednak nie jestem pewna, czy zjem też to. Dzisiaj wyjątkowo mój apetyt wynosił 0. Uniosłam widelec z porcją ziemniaków do ust, przysłuchując się rozmowie innych.
- Wciąż nie mogę uwierzyć co się tutaj dzieje - powiedział Mat, przeczesując swoje czarne włosy palcami.
- Kurwa nie ty jeden - oczy Jake'a delikatnie się przymknęły - nie wiem jak mamy sobie z tym wszystkim poradzić, bo do jasnej cholery,nic o nich nie wiemy.
Ja również nic nie wiedziałam. Nie rozumiałam o kim i o czym oni wszyscy mówią.
- Jestem ciekawa, czego mogą chcieć. - westchnęła Kylie, grzebiąc w swoim talerzu.
Oczu Daisy zabłysły, a na twarzy pojawił się złowieszczy uśmiech.
- Jak to czego, naszej śmierci.
W jadalni zapadła kompletna cisza. Moja dłoń zatrzymała się w połowie drogi po szklankę z sokiem. Nie potrafiłam się poruszyć. Byłam zaskoczona tym, co mówią. Moja ciekawość bardzo wzrosła. Mimo wszystko nie ośmieliłam się zadać pytania. Po prostu nie potrafiłam wydusić z siebie słowa.
Po chwili wzrok zgromadzonych spadł na mnie. Oczekiwali mojej odpowiedzi, chcieli wiedzieć jak zareaguję, ale ja sama nie wiedziałam co o tym myśleć. Czułam się jak małe dziecko, samotne w obcym świecie. Nie wiedziałam o czym do mnie mówiono, jak zareagować.
- Porozmawiamy o tym póżniej - powiedział Max. Nie byłam pewna jednak, do kogo się zwrócił.
Napiłam się soku, czując jak zimna ciecz przepływa przez moje gardło.
- Wiem!!! - głośny krzyk wdarł się do mojej głowy. Skrzywiłam się i spojrzałam na uśmiechniętą od ucha do ucha Kylie. - Mam cudowny pomysł.
- Ty i cudowny pomysł? - Jake spojrzał na dziewczynę spode łba - to się nie łączy.
- Siedż cicho, ta sprawa cię nie dotyczy. - wzrok Kylie spoczął na mnie - wyjdżmy jutro na zakupy do galerii.
Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Mój umysł zaczął świrować. Nie byłam poza bramą tego domu od kilku miesięcy. Podobało mi się życie w klatce.
- No chyba cię pojebało - w końcu powiedziałam, nie przejmując się skrzywioną miną dziewczyny - nigdzie nie idę.
- Proszę cię, będzie cudownie.
- Chyba dla ciebie - przymknęłam oczy, aby chodż trochę uspokoić nagły przypływ gniewu. Ściszyłam mój głos do szeptu. - Dobrze wiesz, że nie chcę nigdzie iść.
- Wiem o tym, jednak powinnaś gdzieś wyjść - ręka dziewczyny znalazła się na mojej - Nie byłaś nigdzie już tak długo.
- Nie, naprawdę.
- Przestań mówić nie! - ochrypły głos Jake'a odezwał się w mojej głowie - chociaż spróbuj. Czego się boisz?
No właśnie ... o co chodzi? Sama nie jestem pewna. Boję się, ale nie wiem czego dokładnie. W końcu na każdym kroku czeka na mnie niebezpieczeństwo ... ja sama nim jestem.
- A jeśli spotkam kogoś znajomego? Co im powiem, że dlaczego niby opuściłam szkołę w połowie semestru? - wymyśliłam na poczekaniu.
W jadalni zapanowała cisza, przerywana nerwowym stukaniem paznokci Kylie o blat. Jedyne o czym teraz marzyłam to zaszycie się w łóżku. Zbyt dużo myśli znowu wkroczyło do mojej głowy.
- To pojedżmy do Londynu. Tam jest wielu różnych ludzi, miasto jest duże więc jest małe prawdopodobieństwo spotkania kogoś znajomego. Musimy załatwić kilka spraw, więc możemy pojechać tam razem.
- Tak, świetny pomysł Max - powiedziała Kylie, uśmiechając się jak małe dziecko - ale wciąż cię nienawidzę.
Super- powiedziałam w myślach. Moja ręka drżała, trzymając widelec. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jutro na prawdę wyjdę do ludzi. Pokażę się im ... Boję się, że mnie przejrzą, że zobaczą we mnie morderczynię. Zostanę przez nich wyśmiana. Tak,na pewno tak będzie. Ludzie nie przyjmą mnie takiej, jaką jestem. Połamanej na kawałki dziewczyny. Świat nie potrzebuje słabych, wrażliwych osób. Świat je połyka, ponieważ pragnie silnych, dzielnych ludzi. Zawadzam tutaj, więc nie mam powodu wtapiać się w środowisko. Chyba to boli mnie najbardziej.
Zmieniłam się.
Jestem gorsza od innych ludzi.
Ponieważ jestem słaba.
Moja warga zadrżała. Dopiero teraz zauważyłam, że moje policzki były mokre od łez.
- Ari? Czy wszystko w porządku? - cichy szept odezwał się przy mojej głowie.
Nie zwróciłam na nic uwagi. Miałam być twarda, miałam nie płakać. Jak to łatwo złamać człowieka....
Gwałtownie odeszłam od stołu, przewracając moje krzesło na podłogę. Głośny dżwięk zabrzmiał w moich uszach. Pobiegłam w stronę swojego pokoju, zachaczając po drodze o regał. Moje udo zostało mocno przecięte, a pulsujący ból o dziwo zaczął mnie uspokajać. Weszłam do łazienki nie spoglądając na siebie w lustrze. Nie chciałam widzieć, jak słaba się stałam. Usiadłam na zimnych kafelkach, przykładając ręcznik do rany. Krew wypływała obficie, brudząc podłogę czerwonymi plamami. Nabierałam małe wdechy, ledwie je wydychając. Nie miałam siły oddychać, płakać, żyć. Po prostu potrzebowałam spokoju od samej siebie i chorych myśli powstających w mojej głowie.
Chciałam wstać i umyć ręcznik. Jednak obraz mi się zamazał i zachwiałam się. Upadłam na podłogę, zwalając buteleczki z kosmetykami na ziemię. Tępy ból powiększał się z każdą chwilą, a mój oddech był bardzo nierówny. Ostatnie co zobaczyłam to twarz Jake'a a póżniej nastała ciemność.
*Jake*
Wziąłem do ust kolejną porcję ziemniaków. Kolacja przebiegała w bardzo nerwowej atmosferze. Matt jadł już 5 kurczaka, a Lucas przeglądał coś na telefonie. Ja sam starałem się nie przysłuchiwać rozmowie toczącej przy stole, co było trudne. Kylie co chwila coś wykrzykiwała, zagłuszając moje myśli w głowie. Starałem się opracować jakikolwiek plan zabicia gangu, odesłania ich na cholernego Marsa. Atmosfera przy stole stała się jednak nie do zniesienia i nie byłem jedynym, który to wyczuł. Max kręcił się nerwowo na krzesełku, przeczesując włosy palcami. Był zdenerwowany, jak połowa osób tutaj, więc przysłuchałem się rozmowie.
- Dobrze wiesz, że nie chcę nigdzie iść - głos Ariany zniżył się do szeptu. Jej twarz była bardzo blada, a z warkocza powychodziło kilka kosmyków ciemnych włosów.
- Wiem o tym, jednak powinnaś gdzieś iść.
Kylie uśmiechnęła się delikatnie, zupełnie zbijając mnie z tropu. Raz krzyczy, a za chwilę jest miła jak Matka Teresa. Obchodzą się z Arianą jak z dzieckiem, którym nie jest. Rozumiem każdy ma problemy, ale jakoś musimy sobie z nimi radzić. Ta dziewczyna żyje w skorupie, zupełnie odizolowana od świata. Jak ma wstać na nogi i żyć ponownie, kiedy pewnie nie wie, jaki mamy miesiąc. Ona się poddaje, a ma przed sobą całe życie. Nie może go zmarnować, ponieważ ubzdurała coś sobie. Jeśli nie oni, to ja jej pomogę.
- Nie, naprawdę.
- Przestań mówić nie! - krzyknąłem, nie przejmując się spojrzeniami innych. Ariana coraz bardziej mnie wkurza - chociaż spróbuj. Czego się boisz?
Nie słuchałem jednak jej odpowiedzi, ponieważ telefon w mojej kieszeni zawibrował. Dostałem wiadomość od nieznanego mi numeru: Już niedługo zobaczysz co to ból. Zmarszczyłem czoło, mocno rozmyślając. Poczułem, jak coś się we mnie gotuje. Byłem pewien, że jest to wiadomość od gangu. Po obiedzie postaram się ich namierzyć. Może byli wystarczająco głupi, żeby nie zniszczyć karty sim. Musi być jakiś sposób,aby ich wyeliminować.
Nagle ktoś przewrócił krzesełko, odchodząc gwałtownie od stołu. Dobrze wiedziałem, że była to Ariana. Nie wiem, co myśleć o tej dziewczynie. Znam ją tylko 2 dni, a zdążyła mnie zaciekawić. Raz jest potulna jak baranek, a póżniej potrafi nieżle nakrzyczeć na kogoś. Płacze, a potem strasznie się wkurza. Nie da się przewidzieć jej nastroju, ponieważ ona sama nie wie, co się z nią dzieje. Zdaje mi się, że tylko ja zauważam jej różne oblicza. Ma maski, które zakłada spotykając się z innymi ludżmi. Zgaduję, że tak właśnie wyglądało jej życie. Było sztuką, a ona jedyną grającą tam aktorką.
- Dzięki za obiad - powiedziałem i bez żadnych wyjaśnień odszedłem od stołu. Nie miałem ochoty na pogaduszki z innymi, moją głowę zajmowały poważniejsze sprawy. Sytuacja z gangiem zaczyna się robić coraz gorsza. Od kilku dni dostajemy dziwne smsy z pogróżkami. To zabawa w kotka i myszkę, która bardzo mi się nie podoba. Bo to oni są kotem, a my cholernymi myszkami. Nie możemy się ich bać, a jednak mają przewagę. Wiedzą wszytko, a my ..... nic. Jesteśmy w czarnej dupie.
Kiedy wchodziłem po schodach usłyszałem dziwny huk, jakby coś ... lub ktoś spadł na ziemię. Powinienem odejść i się nie przejmować. Mimo wszystko coś kazało mi otworzyć drzwi od łazienki i spojrzeć na podłogę. Na kafelkach znajdowało się dużo krwi, która wypływała z rany Ariany. Dziewczyna leżała w dziwnej pozycji na ziemi, patrząc się na mnie przymkniętymi oczami. Była potwornie blada, oddychała nierównomiernie. Automatycznie uklęknąłem przy niej, starając się przebudzić dziewczynę. Zemdlała. Zacząłem wołać moich przyjaciół, przyciskając ręcznik do rany dziewczyny.
Nie rozumiałem, dlaczego byłem zdenerwowany.
Nie rozumiałem, dlaczego moje ręce tak bardzo się trzęsły.
Nie rozumiałem, dlaczego się martwiłem.
czwartek, 7 stycznia 2016
Rozdział 3 Wspomnienia
Weszłam do swojego pokoju, po raz kolejny mu się przyglądając. Dwa małe okna były zasłonięte czarnymi roletami. Ściany miały biały kolor, tak samo jak łóżko. W rogu stało brązowe biurko, zawalone różnymi kartkami. Wisiała nad nim półka zapełniona starymi książkami. Obok szafki nocnej stało wciąż nierozpakowane pudło z rzeczami, które zachowały się po pożarze. Wciąż nie miałam siły tam zajrzeć. Miałam również niedużą garderobę i własną łazienkę. Moi przyjaciele byli bogaci, czego nigdy nie rozumiałam. Poznałam ich w ostatniej klasie liceum. Byli nowymi, a ja przewodniczącą szkoły. Moim obowiązkiem było oprowadzenie ich po niej oraz zapoznane z najważniejszymi informacjami. Okazało się, że wcale nie zachowywali się tak żle, na jakich wyglądali. Na początku ich tatuaże i kolczyki odstraszyły mnie. Byłam tylko cichą, zamkniętą w sobie dziewczynką. To właśnie oni odkryli moją prawdziwą, buntowniczą stronę. To dzięki nim postanowiłam wyjść z skorupy. Nie chowałam się już więcej za książkami. O dziwo to oni okazali się tymi, którzy zostali ze mną w potrzebie. Nie mój były chłopak John, nie była przyjaciółka Lucy. Z resztą, czy mogę ich tak nazwać, kiedy nigdy nie byli prawdziwi? Czasami wydaje mi się, że tylko istnieli, stali koło mnie, ale nigdy nie wkraczali do mojego życia. Spędzaliśmy razem czas, przyjażniliśmy się, jednak ja nie znałam ich, a oni mnie. Byliśmy różni, wyglądając tak samo. Byłam jedną z tych idealnych, licealnych dziewczyn. Bogata, mądra i ładna. Chłopacy codziennie zapraszali mnie na randki, nie zważając na mojego chłopaka. Któremu to wogóle nie przeszkadzało, teraz już wiem czemu. W końcu musiał kiedyś znależć czas, aby pieprzyć się z Lucy.
Na myśl o wszystkich wspomnieniach, w moich oczach pojawiły się łzy. Gdyby nie Kate i Max, nie wiem, gdzie teraz bym wylądowała. Obawiam się, że już bym nie żyła. Moje życie powoli by się kończyło. Jednak Bóg nie zesłał mi ich, aby umarła. Każdego dnia są dla mnie opoką i zawdzięczam im moje życie.
Przez moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Postanowiłam przebrać się w coś cieplejszego. Ubrałam się w szare dresy, a bluzę Maxa zostawiłam. Na stopy włożyłam grube skarpety, włosy związałam w warkocza. Było bardzo wcześnie, a ja nie miałam co robić. Powinnam iść studia, jednak na razie nie byłam gotowa i nie wydaje mi się, że kiedykolwiek będę. Nigdy nie marzyłam o tym, by zostać prawnikiem. Od zawsze rodzice wpajali we mnie wszystko,a ja nie miałam własnego zdania. Dlatego nie wiem, co bym chciała robić w życiu. Przez ostatnie miesiące siedziałam tutaj, czasami wychodząc do ogrodu. Oglądałam nudne programy telewizyjne wraz z przyjaciółmi lub czytałam książki. Czasami jednak Kate i Max wychodzili z domu. Oni również nie chodzą na studia, podobno gdzieś pracują. Mimo wszystko, nigdy nie powiedzieli mi gdzie. Wydaje mi się, że musi to być dobra praca, skoro zarabiają miliony. Nie wiem również nic o ich rodzinie. Nie wiem jak się poznali. Nie wiem jak to się stało, że mieszkają razem. Mimo wszystko, nie chcę ich o to pytać. Oni nie zadają pytań, więc ja również nie będę.
Postanowiłam w końcu poczytać książkę. Przeszłam po miękkim, białym dywanie do mojej półki. Wybrałam pierwszą książkę z brzega. Miała tytuł "powód by oddychać". Jestem pewna, że już ją czytałam. Mimo wszystko, na pewno była bardzo ciekawa i no cóż ... smutna. Zauważyłam to po pomarszczonych kartkach od moich łez. Usiadłam ponownie na łóżku, zagrzebując się w miękką kołdrę. Otworzyłam pierwszą stronę, a po moim ciele przeszedł dreszcz przyjemności. Książki są częścią mojego życia, bez której zapomniałabym czym są uczucia. Bo właśnie o tym przypominają mi opowieści różnych bohaterów. Mówią o miłości, o krzywdzie, o zdradzie, o problemach, o szczęściu. Uczą mnie na nowo, jak to jest się szczerze uśmiechać.
Po dwóch godzinach ktoś zapukał do moich drzwi. Skrzywiłam się, ponieważ musiałam oderwać się od książki. Już rozumiem, dlaczego skojarzyło mi się z nią tak wiele uczuć. Jest to jedna z najlepiej napisanych i najbardziej emocjonalnych książek, jakie przeczytałam.
- Proszę - powiedziałam cicho, zakładając za ucho kosmyk włosów, który wypadł z warkocza.
Zza drzwi wyjrzała głowa Maxa.
- Chciałem tylko powiedzieć, że obiad jest już na stole. Wiem, że nic nie jadłaś więc ... - na czole chłopaka powstała mała zmarszczka. - Płakałaś?
Max znalazł się obok mnie, delikatnie dotykając mojej dłoni. Przez moje ciało przeszedł ledwie wyczuwalny dreszcz.
- Co się stało? Czy ktoś ci coś powiedział?
- Nie, ja tylko .. em .. czytałam - odpowiedziałam, podnosząc do góry książkę z szarą okładką.
- Och, całe szczęście - na twarz Maxa ponownie wstąpił uśmiech, który tak bardzo kochałam. Widziałam, jak wiele zmartwień przynoszę jemu i Katy. Nie chcą tego pokazywać, jednak wiem, że nie śpią w nocy oraz ciągle się o mnie boją. Tak bardzo się troszczą, a ja nic nie mogę im dać w zamian.
- Dziękuję ci .. za wczoraj .. i ogólnie - zaczęłam się jąkać, zaginając róg kartki.
- Och kochanie - w oczach chłopaka pojawiła się iskra - Nie musisz mi dziękować. A teraz zapraszm do stołu, wszyscy na ciebie czekamy.
Usta chłopaka dotknęły mojego czoła, po czym zostałam sama.
Na myśl o wszystkich wspomnieniach, w moich oczach pojawiły się łzy. Gdyby nie Kate i Max, nie wiem, gdzie teraz bym wylądowała. Obawiam się, że już bym nie żyła. Moje życie powoli by się kończyło. Jednak Bóg nie zesłał mi ich, aby umarła. Każdego dnia są dla mnie opoką i zawdzięczam im moje życie.
Przez moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Postanowiłam przebrać się w coś cieplejszego. Ubrałam się w szare dresy, a bluzę Maxa zostawiłam. Na stopy włożyłam grube skarpety, włosy związałam w warkocza. Było bardzo wcześnie, a ja nie miałam co robić. Powinnam iść studia, jednak na razie nie byłam gotowa i nie wydaje mi się, że kiedykolwiek będę. Nigdy nie marzyłam o tym, by zostać prawnikiem. Od zawsze rodzice wpajali we mnie wszystko,a ja nie miałam własnego zdania. Dlatego nie wiem, co bym chciała robić w życiu. Przez ostatnie miesiące siedziałam tutaj, czasami wychodząc do ogrodu. Oglądałam nudne programy telewizyjne wraz z przyjaciółmi lub czytałam książki. Czasami jednak Kate i Max wychodzili z domu. Oni również nie chodzą na studia, podobno gdzieś pracują. Mimo wszystko, nigdy nie powiedzieli mi gdzie. Wydaje mi się, że musi to być dobra praca, skoro zarabiają miliony. Nie wiem również nic o ich rodzinie. Nie wiem jak się poznali. Nie wiem jak to się stało, że mieszkają razem. Mimo wszystko, nie chcę ich o to pytać. Oni nie zadają pytań, więc ja również nie będę.
Postanowiłam w końcu poczytać książkę. Przeszłam po miękkim, białym dywanie do mojej półki. Wybrałam pierwszą książkę z brzega. Miała tytuł "powód by oddychać". Jestem pewna, że już ją czytałam. Mimo wszystko, na pewno była bardzo ciekawa i no cóż ... smutna. Zauważyłam to po pomarszczonych kartkach od moich łez. Usiadłam ponownie na łóżku, zagrzebując się w miękką kołdrę. Otworzyłam pierwszą stronę, a po moim ciele przeszedł dreszcz przyjemności. Książki są częścią mojego życia, bez której zapomniałabym czym są uczucia. Bo właśnie o tym przypominają mi opowieści różnych bohaterów. Mówią o miłości, o krzywdzie, o zdradzie, o problemach, o szczęściu. Uczą mnie na nowo, jak to jest się szczerze uśmiechać.
Po dwóch godzinach ktoś zapukał do moich drzwi. Skrzywiłam się, ponieważ musiałam oderwać się od książki. Już rozumiem, dlaczego skojarzyło mi się z nią tak wiele uczuć. Jest to jedna z najlepiej napisanych i najbardziej emocjonalnych książek, jakie przeczytałam.
- Proszę - powiedziałam cicho, zakładając za ucho kosmyk włosów, który wypadł z warkocza.
Zza drzwi wyjrzała głowa Maxa.
- Chciałem tylko powiedzieć, że obiad jest już na stole. Wiem, że nic nie jadłaś więc ... - na czole chłopaka powstała mała zmarszczka. - Płakałaś?
Max znalazł się obok mnie, delikatnie dotykając mojej dłoni. Przez moje ciało przeszedł ledwie wyczuwalny dreszcz.
- Co się stało? Czy ktoś ci coś powiedział?
- Nie, ja tylko .. em .. czytałam - odpowiedziałam, podnosząc do góry książkę z szarą okładką.
- Och, całe szczęście - na twarz Maxa ponownie wstąpił uśmiech, który tak bardzo kochałam. Widziałam, jak wiele zmartwień przynoszę jemu i Katy. Nie chcą tego pokazywać, jednak wiem, że nie śpią w nocy oraz ciągle się o mnie boją. Tak bardzo się troszczą, a ja nic nie mogę im dać w zamian.
- Dziękuję ci .. za wczoraj .. i ogólnie - zaczęłam się jąkać, zaginając róg kartki.
- Och kochanie - w oczach chłopaka pojawiła się iskra - Nie musisz mi dziękować. A teraz zapraszm do stołu, wszyscy na ciebie czekamy.
Usta chłopaka dotknęły mojego czoła, po czym zostałam sama.
piątek, 31 lipca 2015
Rozdział 2 Bo gra aktorska to podstawa
Otworzyłam powieki, starając się nie zwracać uwagi na potworny ból głowy. Do moich nozdrzy dotarł zapach perfum Maxa. Przypomniały mi one o ostatniej nocy. Po raz kolejny miałam atak paniki. Nie wiem już, jak sobie z nimi radzić. Demony są ode mnie silniejsze. Co noc bawią się moim kosztem. Ich to bawi, a moje serce zostaje ponownie rozdarte. Mimo czasu, jaki upłynął, nie potrafię zapomnieć o śmierci rodziców. Nie potrafię przestać się winić. Oni nie żyją i nic mi już tego nie zwróci. Nie będzie dobrze, ponieważ mnie nie da się naprawić. Potrzebuje, aby wymazano mi pamięć. Tylko dzięki temu zapomnę o bólu. Z poczuciem winy trzeba jednak żyć i nie ma od niego ucieczki. Możemy chować się, ale zawsze nas znajdzie. Możemy udawać, że nie czujemy bólu, ale to wtedy, on urośnie w siłę. Pewnego dnia wybuchnie i zmieni nas na zawsze.
Wstałam z łóżka, ponieważ nie miałam ochoty na powtórkę z nocy. Ataki w ciągu dnia były słabe i zdarzały się rzadko, jednak były. Nigdy nie mogłam się czuć bezpiecznie, zwłaszcza kiedy spałam. Zamknięcie powiek powodowało ciemność, a to przed nią trzeba mnie chronić. Tam znajdują się nasze demony, niezależnie czy w to wierzymy, czy nie. Wszystkie lęki są ukryte właśnie tam. W ciemności.
Weszłam do łazienki znajdującej się obok pokoju chłopaka. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam to, co zwykle. Blada skóra, opuchnięte oczy, potargane kręcone włosy, ślady łez na policzkach. Wyglądałam jak trup i tak się właśnie czułam. Wzięłam zimny prysznic i ubrałam na siebie bluzę Maxa. Miała na sobie logo Maxfield. Jest ona moją ulubioną, nawet nie wiem czemu. Przypomina mi ona o ostatnich latach katuszy. Nosząc ją, karzę samą siebie. Zadaję sobie podwójny ból, ponieważ wydaje mi się, że to co przeszłam do tej pory jest niewystarczające. Pragnę cierpieć, skoro to jedyne co czuję. Z szafki wygrzebałam korektor i starą mascarę. Postarałam się nałożyć wszystko dokładnie, aby jak najbardziej zakryć niedoskonałości nocy.
- Zachowuj się tak, jak każdego poranka - szepnęłam do drugiej mnie. Dziewczyna w lustrze powtarzała każdy ruch, jednak nie była mną. Ona codziennie się śmieje. Ze mnie. - Udawaj, że nic się nie stało, a każdy w to uwierzy.
Zebrałam włosy w koka i poszłam na palcach do kuchni. Przed drzwiami postarałam się nałożyć na twarz szeroki uśmiech. Miałam nadzieję, że choć trochę przypominał ten prawdziwy.
- Pamiętaj, gra aktorska - westchnęłam - W końcu jesteś w tym najlepsza.
Pchnęłam mosiężne drzwi, a 6 par oczu spojrzało w moją stronę. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że w nocy byli jacyś ludzie. Miałam nadzieję, że Max lub Kylie zajęli się całą sprawą i nie będę musiała nic tłumaczyć.
- No cóż, masz dzisiaj większą widownię dziecinko - głos odezwał się w mojej głowie - Głowa do góry, plecy proste, przyjazny uśmiech. Przecież to potrafisz.
- Siema suko - powiedzieli jednocześnie Max i Kylie. Przyjaciele pokazali sobie języki i znowu na mnie spojrzeli. Zrobiłam sobie kawę bez cukru, starając się uspokoić drżenie rąk.
- To są nasi znajomi - powiedział Max, kiedy odwróciłam się w jego stronę - zielone włosy to Daisy - gdyby wzrok mógł zabijać, to już dawno leżałabym martwa na podłodze - ten w koszuli to nasza mądrala Lucas - chłopak czytał poranną gazetę i dziękuję, że jakiś artykuł pochłonął jego myśli doszczętnie- chłopak w tatuażach to Matt - jego postać kojarzy mi się z pistoletem. Mam nadzieję, że się nie zaprzyjażnimy i chłopak mnie zabije. Nie, to nie jest sarkazm. Jestem zupełnie poważna. Jeśli nie ja, to on. - no i na końcu jest Jake.
Piwne oczy zaczęły patrzeć w głąb moich. Widziałam, jak chłopak starał się odszukać odpowiedzi na męczące go pytania. Najpierw musiałby otworzyć bramę, a to jest niemożliwe. Jak on chce tego dokonać, skoro sama nie potrafię? Zamek został zamknięty, a klucz wyrzucony do morza smutku. Jest go za dużo, aby został odnaleziony.
Upiłam łyk gorącej kawy. Pragnęłam, aby goście przestali się na mnie gapić, aby przestali o mnie myśleć. Oprócz chęci zapadnięcia się pod ziemię, przez moją głową przetoczyła się inna, silniejsza myśl.
Spojrzałam na Maxa, robiąc maślane oczka.
- Chcesz? - spytał, pokazując głową na papierosa.
Pokiwałam ochoczo głową i odłożyłam kubek z kawą na stolik. Usiadłam na blacie, abyśmy znależli się na podobnej wysokości z chłopakiem. Chłopak zaciągnął się dymem papierosowym, po czym wypuścił go w moje usta. Przytrzymałam chwilę dym, po czym wypuściłam go w twarz chłopaka. Uśmiechnęłam się. Uwielbiam papierosy. Nikotyna pozwala radzić sobie ze stresem, uspokaja duszę. Jest niebezpieczna i prowadzi do śmierci, tak jak wszystko na świecie. Dlaczego mam przestać je palić, skoro mi pomagają. Jeśli mnie nie zabiją, to przynajmniej ukoją cierpienie.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się do chłopaka. Wiem, że wymiana dymu jest bardzo osobista i na pewno przyciągnęłam wzrok zgromadzonych.
- Co chcesz na śniadanie?
Podeszłam do Kylie i mocno się przytuliłam. Schowałam twarz w jej szyję, wdychając zapach słodkich perfum. Chciałam coś zjeść, naprawdę byłam głodna, jednak myśl przytycia mnie przytłoczyła. Diabełek szeptał mi do ucha rzeczy, których nikt nie powinien słyszeć. Rzeczy, które codziennie rozwalają mnie psychicznie. Jeśli przyjażnisz się z diabłem, który nazywa się Ana, to wiedz, że mi przykro.
- Chyba sobie odpuszczę.
- Weż leki - westchnęła dziewczyna. Kylie nigdy nie mówiła mi jak mam żyć. Nie wpychała mi jedzenia do buzi, nie kontrolowała mojej wagi. Ona właśnie w ten sposób się o mnie troszczy. Nie karze mi robić czegoś, co spowodowało by u mnie płacz. Bo właśnie to robi jedzenie, a raczej jego skutki.
- Dobrze mamo - uśmiechnęłam się i wyminęłam dziewczynę, która miała dać mi klapsa w tyłek. Zawsze to robi, kiedy ją tak przezywam.
Wyjęłam z drewnianej szafki ogromną reklamówkę, która była pełna kolorowych opakowań i wzięłam odpowiednią dawkę na rano. Wiem, że lekarstwa powinno się przyjmować po zjedzeniu czegokolwiek. Co mnie jednak obchodzą zalecenia? Niech się cieszą, że je w ogóle biorę i dodatkowo w odpowiedniej ilości.
Usiadłam ponownie na blacie, popijając co chwila kawę. Starałam się jak najmocniej, aby uciszyć głód. Czułam jak mój brzuch zaciska się, co powodowało potworny ból. Póki jednak potrafiłam stać na nogach, nie potrzebowałam jedzenia.
W białym kubku ukazała się moja twarz. Spojrzałam w swoje smutne oczy, do których nigdy nie docierał uśmiech. To właśnie one potrafiły mnie zdradzić.
-Nienawidzę siebie suki. Zadowolone? - szepnęłam do demonów, a w moich oczach coś błysnęło.
*Jake*
- Dzień dobry wszystkim - wszedłem do jasnej kuchni. Przy stole siedzieli już wszyscy z gangu. Nie było tylko Ariany. Zapewne jeszcze spała. Ja po takiej nocy, nie chciałbym nawet wyjść z pokoju.
- Siema stary - jako jedyny odezwał się Matt, wkładając sobie do buzi łyżkę płatków czekoladowych. On mógłby jeść cały dzień, a jest chudy. Naprawdę nie wiem, gdzie on to wszystko trzyma. Zastanawiam się, czy nie zrobić mu badań, bo może mieć tasiemca.
Nałożyłem sobie na talerz naleśniki, które zapewne przygotowała Kylie. Może jest suką, ale potrafi świetnie gotować.
- Musimy coś zrobić z tym gangiem, tylko przypominam - wspomniałem, kiedy zboczyliśmy na tematy, które nie mogły uratować naszych tyłków. Potrzebujemy solidnego planu, a jak na razie jesteśmy w czarnej dupie i to mnie martwi.
- Najpierw to musimy zrobić coś z Arniką ...
- Arianą - wtrąciła Kylie, stanowczo poprawiając dziewczynę.
- Bo obchodzi mnie jej imię. - Daisy przekręciła oczami, przeczesując przy tym swoje włosy.
Pokręciłem się nerwowo na krzesełku. Zaczyna się robić niezręcznie. Wręcz mogę poczuć tą nienawiść w powietrzu.
- Powinno, ponieważ będzie w jednym domu z tobą przez 24 godziny, no chyba, że chcesz się wynieść? Nie żeby jakoś bardzo mi to przeszkadzało.
- Uspokójcie się! - krzyknął Max, wyręczając mnie w tym. Co jak co, ale nie mam ochoty na kolejną babską kłótnię.
- To ona powinna się uspokoić.
- Daisy albo się zamkniesz ... - ta dziewczyna zaczyna działać mi coraz bardziej na nerwach. Zachowuje się jak małe dziecko.
- Albo stracisz wszystkie włosy z głowy - dokończyła Kylie z mordem w oczach.
- Wow, dziewczyno nie szalej z tymi grożbami - powiedział z sarkazmem Matt, który był uśmiechnięty od ucha do ucha.
Oczywiście, że jego ta sytuacja bawiła. Jest ode mnie starszy, a zachowuje się jak 15-latek. Wszystkie kłótnie muszę załatwiać sam, chociaż jesteśmy pod jego ,,opieką''. Gdyby nie ja i Lucas, już dawno byśmy wyginęli. Coś jak dinozaury. Nikt się nimi nie opiekował, nikt o nich nie dbał, więc skończyli pod ziemią.
- Ludzie, uspokójcie się - powiedział Lucas, spoglądając na nas znad gazety.
Chciałem go poprzeć, kiedy drzwi od kuchni się otworzyły. Do pomieszczenia weszła Ariana. Wyglądała, jakby ktoś zrobił bałagan w jej umyśle i nie umiał go posprzątać.
Proszę o zostawianie komentarzy. Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy.
Wstałam z łóżka, ponieważ nie miałam ochoty na powtórkę z nocy. Ataki w ciągu dnia były słabe i zdarzały się rzadko, jednak były. Nigdy nie mogłam się czuć bezpiecznie, zwłaszcza kiedy spałam. Zamknięcie powiek powodowało ciemność, a to przed nią trzeba mnie chronić. Tam znajdują się nasze demony, niezależnie czy w to wierzymy, czy nie. Wszystkie lęki są ukryte właśnie tam. W ciemności.
Weszłam do łazienki znajdującej się obok pokoju chłopaka. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam to, co zwykle. Blada skóra, opuchnięte oczy, potargane kręcone włosy, ślady łez na policzkach. Wyglądałam jak trup i tak się właśnie czułam. Wzięłam zimny prysznic i ubrałam na siebie bluzę Maxa. Miała na sobie logo Maxfield. Jest ona moją ulubioną, nawet nie wiem czemu. Przypomina mi ona o ostatnich latach katuszy. Nosząc ją, karzę samą siebie. Zadaję sobie podwójny ból, ponieważ wydaje mi się, że to co przeszłam do tej pory jest niewystarczające. Pragnę cierpieć, skoro to jedyne co czuję. Z szafki wygrzebałam korektor i starą mascarę. Postarałam się nałożyć wszystko dokładnie, aby jak najbardziej zakryć niedoskonałości nocy.
- Zachowuj się tak, jak każdego poranka - szepnęłam do drugiej mnie. Dziewczyna w lustrze powtarzała każdy ruch, jednak nie była mną. Ona codziennie się śmieje. Ze mnie. - Udawaj, że nic się nie stało, a każdy w to uwierzy.
Zebrałam włosy w koka i poszłam na palcach do kuchni. Przed drzwiami postarałam się nałożyć na twarz szeroki uśmiech. Miałam nadzieję, że choć trochę przypominał ten prawdziwy.
- Pamiętaj, gra aktorska - westchnęłam - W końcu jesteś w tym najlepsza.
Pchnęłam mosiężne drzwi, a 6 par oczu spojrzało w moją stronę. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że w nocy byli jacyś ludzie. Miałam nadzieję, że Max lub Kylie zajęli się całą sprawą i nie będę musiała nic tłumaczyć.
- No cóż, masz dzisiaj większą widownię dziecinko - głos odezwał się w mojej głowie - Głowa do góry, plecy proste, przyjazny uśmiech. Przecież to potrafisz.
- Siema suko - powiedzieli jednocześnie Max i Kylie. Przyjaciele pokazali sobie języki i znowu na mnie spojrzeli. Zrobiłam sobie kawę bez cukru, starając się uspokoić drżenie rąk.
- To są nasi znajomi - powiedział Max, kiedy odwróciłam się w jego stronę - zielone włosy to Daisy - gdyby wzrok mógł zabijać, to już dawno leżałabym martwa na podłodze - ten w koszuli to nasza mądrala Lucas - chłopak czytał poranną gazetę i dziękuję, że jakiś artykuł pochłonął jego myśli doszczętnie- chłopak w tatuażach to Matt - jego postać kojarzy mi się z pistoletem. Mam nadzieję, że się nie zaprzyjażnimy i chłopak mnie zabije. Nie, to nie jest sarkazm. Jestem zupełnie poważna. Jeśli nie ja, to on. - no i na końcu jest Jake.
Piwne oczy zaczęły patrzeć w głąb moich. Widziałam, jak chłopak starał się odszukać odpowiedzi na męczące go pytania. Najpierw musiałby otworzyć bramę, a to jest niemożliwe. Jak on chce tego dokonać, skoro sama nie potrafię? Zamek został zamknięty, a klucz wyrzucony do morza smutku. Jest go za dużo, aby został odnaleziony.
Upiłam łyk gorącej kawy. Pragnęłam, aby goście przestali się na mnie gapić, aby przestali o mnie myśleć. Oprócz chęci zapadnięcia się pod ziemię, przez moją głową przetoczyła się inna, silniejsza myśl.
Spojrzałam na Maxa, robiąc maślane oczka.
- Chcesz? - spytał, pokazując głową na papierosa.
Pokiwałam ochoczo głową i odłożyłam kubek z kawą na stolik. Usiadłam na blacie, abyśmy znależli się na podobnej wysokości z chłopakiem. Chłopak zaciągnął się dymem papierosowym, po czym wypuścił go w moje usta. Przytrzymałam chwilę dym, po czym wypuściłam go w twarz chłopaka. Uśmiechnęłam się. Uwielbiam papierosy. Nikotyna pozwala radzić sobie ze stresem, uspokaja duszę. Jest niebezpieczna i prowadzi do śmierci, tak jak wszystko na świecie. Dlaczego mam przestać je palić, skoro mi pomagają. Jeśli mnie nie zabiją, to przynajmniej ukoją cierpienie.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się do chłopaka. Wiem, że wymiana dymu jest bardzo osobista i na pewno przyciągnęłam wzrok zgromadzonych.
- Co chcesz na śniadanie?
Podeszłam do Kylie i mocno się przytuliłam. Schowałam twarz w jej szyję, wdychając zapach słodkich perfum. Chciałam coś zjeść, naprawdę byłam głodna, jednak myśl przytycia mnie przytłoczyła. Diabełek szeptał mi do ucha rzeczy, których nikt nie powinien słyszeć. Rzeczy, które codziennie rozwalają mnie psychicznie. Jeśli przyjażnisz się z diabłem, który nazywa się Ana, to wiedz, że mi przykro.
- Chyba sobie odpuszczę.
- Weż leki - westchnęła dziewczyna. Kylie nigdy nie mówiła mi jak mam żyć. Nie wpychała mi jedzenia do buzi, nie kontrolowała mojej wagi. Ona właśnie w ten sposób się o mnie troszczy. Nie karze mi robić czegoś, co spowodowało by u mnie płacz. Bo właśnie to robi jedzenie, a raczej jego skutki.
- Dobrze mamo - uśmiechnęłam się i wyminęłam dziewczynę, która miała dać mi klapsa w tyłek. Zawsze to robi, kiedy ją tak przezywam.
Wyjęłam z drewnianej szafki ogromną reklamówkę, która była pełna kolorowych opakowań i wzięłam odpowiednią dawkę na rano. Wiem, że lekarstwa powinno się przyjmować po zjedzeniu czegokolwiek. Co mnie jednak obchodzą zalecenia? Niech się cieszą, że je w ogóle biorę i dodatkowo w odpowiedniej ilości.
Usiadłam ponownie na blacie, popijając co chwila kawę. Starałam się jak najmocniej, aby uciszyć głód. Czułam jak mój brzuch zaciska się, co powodowało potworny ból. Póki jednak potrafiłam stać na nogach, nie potrzebowałam jedzenia.
W białym kubku ukazała się moja twarz. Spojrzałam w swoje smutne oczy, do których nigdy nie docierał uśmiech. To właśnie one potrafiły mnie zdradzić.
-Nienawidzę siebie suki. Zadowolone? - szepnęłam do demonów, a w moich oczach coś błysnęło.
*Jake*
- Dzień dobry wszystkim - wszedłem do jasnej kuchni. Przy stole siedzieli już wszyscy z gangu. Nie było tylko Ariany. Zapewne jeszcze spała. Ja po takiej nocy, nie chciałbym nawet wyjść z pokoju.
- Siema stary - jako jedyny odezwał się Matt, wkładając sobie do buzi łyżkę płatków czekoladowych. On mógłby jeść cały dzień, a jest chudy. Naprawdę nie wiem, gdzie on to wszystko trzyma. Zastanawiam się, czy nie zrobić mu badań, bo może mieć tasiemca.
Nałożyłem sobie na talerz naleśniki, które zapewne przygotowała Kylie. Może jest suką, ale potrafi świetnie gotować.
- Musimy coś zrobić z tym gangiem, tylko przypominam - wspomniałem, kiedy zboczyliśmy na tematy, które nie mogły uratować naszych tyłków. Potrzebujemy solidnego planu, a jak na razie jesteśmy w czarnej dupie i to mnie martwi.
- Najpierw to musimy zrobić coś z Arniką ...
- Arianą - wtrąciła Kylie, stanowczo poprawiając dziewczynę.
- Bo obchodzi mnie jej imię. - Daisy przekręciła oczami, przeczesując przy tym swoje włosy.
Pokręciłem się nerwowo na krzesełku. Zaczyna się robić niezręcznie. Wręcz mogę poczuć tą nienawiść w powietrzu.
- Powinno, ponieważ będzie w jednym domu z tobą przez 24 godziny, no chyba, że chcesz się wynieść? Nie żeby jakoś bardzo mi to przeszkadzało.
- Uspokójcie się! - krzyknął Max, wyręczając mnie w tym. Co jak co, ale nie mam ochoty na kolejną babską kłótnię.
- To ona powinna się uspokoić.
- Daisy albo się zamkniesz ... - ta dziewczyna zaczyna działać mi coraz bardziej na nerwach. Zachowuje się jak małe dziecko.
- Albo stracisz wszystkie włosy z głowy - dokończyła Kylie z mordem w oczach.
- Wow, dziewczyno nie szalej z tymi grożbami - powiedział z sarkazmem Matt, który był uśmiechnięty od ucha do ucha.
Oczywiście, że jego ta sytuacja bawiła. Jest ode mnie starszy, a zachowuje się jak 15-latek. Wszystkie kłótnie muszę załatwiać sam, chociaż jesteśmy pod jego ,,opieką''. Gdyby nie ja i Lucas, już dawno byśmy wyginęli. Coś jak dinozaury. Nikt się nimi nie opiekował, nikt o nich nie dbał, więc skończyli pod ziemią.
- Ludzie, uspokójcie się - powiedział Lucas, spoglądając na nas znad gazety.
Chciałem go poprzeć, kiedy drzwi od kuchni się otworzyły. Do pomieszczenia weszła Ariana. Wyglądała, jakby ktoś zrobił bałagan w jej umyśle i nie umiał go posprzątać.
Proszę o zostawianie komentarzy. Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy.
niedziela, 12 lipca 2015
Rozdział 1 Umarli przeze mnie
Czcionka pochyła to sen Ariany.
*Ariana*
Poczułam ukłucie w sercu. Przed oczyma zaczęły przewijać mi się sytuacje z ostatnich trzech miesięcy. W końcu wszystko zatrzymało się na tej jednej. Był to dzień moich urodzin, kiedy dowiedziałam się, że rodzice nie żyją.
Wstałam uśmiechnięta, ponieważ to dzisiaj kończyłam 19 lat. Został tylko miesiąc do zakończenia nauki w szkole, po czym miałam wyjechać na studia prawnicze. Ubrałam się w kolorową sukienkę i delikatnie pomalowałam. Uwielbiałam zachowywać się jak idealna dziewczyna z filmów dla nastolatek. Zeszłam na dół, gdzie niestety nikt na mnie nie czekał. Wsypywałam do miski czekoladowe płatki, kiedy do kuchni weszła moja mama. Była idealną osobą w każdym calu i tego oczekiwała również ode mnie.
- Odłóż te płatki dziecko, chyba nie chcesz być gruba?
Zarumieniłam się, jednak jak zawsze posłuchałam matki. Chciałam być taka jak ona, czyli bardziej niż idealna. Chciałam aby ludzie zazdrościli mi wszystkiego. W tym świecie tylko będąc perfekcyjną można coś osiągnąć.
Po chwili wszedł tutaj również tata. Idealnie wykrojony garnitur na miarę, praca, której każdy zazdrości.
- Co masz dzisiaj w szkole? - spytał, tak jak każdego poranka.
- Sprawdzian z biologi.
- Pamiętasz, czego oczekujemy?
- Zdam go na 6 tato. Obiecuję.
Zawsze tak mówiłam i zawsze dotrzymywałam obietnicy. Rodzice wywierali na mnie presję. Rozumiałam to zawsze przez to, że mnie kochają i chcą dla mnie najlepiej. Oni po prostu pragnęli, abym była szczęśliwa. Ich zamiarem nie było mnie ranić, przynajmniej tak mi się zawsze wydawało.
Nie poszłam jednak tego dnia do szkoły. Cały dzień spędziłam na ławce w parku. Wypaliłam wtedy całą paczkę moich pierwszych papierosów. Oczy miałam czerwone i opuchnięte, jednak łzy nie przestawały płynąć. Zrozumiałam, że rodzice mnie nie kochają. Nie złożyli mi nigdy życzeń na urodziny. Nigdy nie byli ze mnie zadowoleni. Nigdy nie powiedzieli, że mnie kochają. Nie zaznałam od nich miłości w całym życiu. Zawsze czułam się jak niepotrzebny śmieć, jednak starałam się ukrywać te uczucia. W końcu bariera musiała zostać przełamana.
Wypuściłam dym papierosowy po czym szepnęłam
- Pragnę, abyście umarli.
Powiedziałam to pod wpływem chwili. Byłam zdenerwowana i nie myślałam racjonalnie. Zapomniałam jednak o jednej bardzo ważnej rzeczy. Niezależnie jak wypowiedziane, słowa mają większą siłę niż czyny.
Moje pragnienie zostało więc spełnione. UMARLI.
Obudziłam się z koszmaru. Po policzkach spływały mi łzy, mocząc koszulkę. Przyłożyłam rękę do klatki piersiowej, starając się unormować oddech. Jak zwykle coś było nie tak. Krzyknęłam z frustracji, po czym zatopiłam palce w włosach, ciągnąc za nie.
- Umarli przeze mnie.
Powtarzałam to zdanie co noc, jak modlitwę. Zawsze każda litera wypala dziurę na mojej skórze.
Wstrząsnęłam się z powodu szlochu, a ręce zaczęły się coraz bardziej pocić. Zostałam nauczona co mam robić w takie sytuacji. Wstałam gwałtownie z łóżka, starając się nie upaść na nie z powrotem. Cały czas miewam potworne zawroty głowy. Kiedy złapałam równowagę, ruszyłam w stronę pokoju Maxa. Chłopak wraz z Kylie starają się co noc uspokajać moje demony. Usłyszałam jednak ożywioną kłótnie prowadzoną na dole. Zbiegłam po schodach, przeskakując co kilka stopni. Moja krótka koszulka podwijała się do góry, jednak nie miałam siły jej obciągnąć. Głosy zaprowadziły mnie do salonu. Coraz ciężej mi się oddychało, a łzy zasłaniały prawie cały widok. Zauważyłam, że w pokoju znajdowało się bardzo dużo ludzi, którzy byli zdziwienie moim widokiem. Nie interesowało mnie to, że zobaczą mnie w takim stanie. Odnalazłam Maxa, który jak zwykle w tej sytuacji wyglądał na przejętego. Wskoczyłam na jego kolana i od razu poczułam zapach perfum chłopaka. Max przyciągnął mnie do siebie, abym mogła poczuć jego ciepło. Moja klatka unosiła się coraz wolniej, a ból coraz bardziej się rozprzestrzeniał. Usłyszałam, jak demony po raz kolejny śmiały się z mojego nieszczęścia.
*Jake*
To, że byłem wściekły, to mało powiedziane. Byłem szczerze wkurwiony. Pierwszy raz od kilku miesięcy w Londynie pojawił się gang. Co oni od nas chcą? Czy ostatnim razem nie wyraziłem się jasno, że nie chcemy tutaj gości? Czy wymordowanie całego gangu wraz z ich rodzinami nie było wystarczająco oczywistym przekazem?
Miałem właśnie wdać się w kolejną już kłótnię dzisiejszego wieczoru, kiedy usłyszałem jak ktoś zbiegał po schodach. Matt zaczął wyjmować broń, jednak Max zabronił mu tego. Po chwili w progu pojawiła się dziewczyna. Nie da się opisać słowami tego, jak wyglądała. Jej brązowe włosy były w nieładzie, policzki zalane łzami, a buzię miała wykrzywioną w grymasie bólu. Widziałem, jak jej klatka piersiowa unosiła się bardzo szybko. Kim do cholery była ta dziewczyna? O czym Max i Kylie mi nie powiedzieli? Reszta osób w pokoju była równie zdziwiona co ja, oprócz tej dwójki. Czekałem tylko na dalszy ciąg wydarzeń.
Dziewczyna podbiegła do Maxa i bardzo mocno wtuliła się w chłopaka. Z tego co mi wiadomo to Max nie ma dziewczyny i jest gejem. Kylie zaczęła w ekspresowym tempie wyrzucać z szafy stojącej w kącie wszystkie rzeczy. Nieznajoma cały czas szeptała pewne słowa. W pewnym momencie udało mi się wychwycić całe zdanie - umarli przeze mnie. Nie rozumiałem tego, co się tutaj działo. Wszystko wyglądało jak scena z pieprzonego horroru. Kylie podała strzykawkę z niebieskim płynem Maxowi, a on wbił ją w rękę dziewczyny. Krzyknęła z bólu, przez co chłopak jeszcze mocniej ją do siebie przytulił.
- Wszystko w porządku mała. Walcz z tym. - w jego oczach coś błysnęło - Proszę, nie przestawaj walczyć.
Kylie była bardzo zdenerwowana. Jeszcze nigdy jej takiej nie widziałem. Opierała się o parapet, nie starając się nawet wycierać spływających po policzkach łez.
Wróciłem wzrokiem do pary siedzącej na fotelu. Oddech dziewczyny zaczął się uspokajać, a jej ciało przestało się trząść. Mimo wszystkiego widziałem, jak piękna i zraniona zarazem była. W mojej głowie od razu zaczęły się rodzić pytania, na które musiałem znać odpowiedż.
Po 5 minutach dziewczyna usnęła. Jej ręce przestały ściskać koszulkę chłopaka, a po twarzy nie płynęły już żadne łzy. Kylie odetchnęła z ulgą, a Max zaczął dziękować po cichu. Pocałował dziewczynę w czoło i wziął na ręce. Poczułem dziwne ukłucie w sercu. Zazdrość ... na pewno nie. To tylko przez nadmiar emocji. Czego miałem mu zazdrościć?
Chłopak zaniósł dziewczynę do pokoju obok, aby jak mi się wydaję, mieć na nią oko. Kiedy wrócił, oparł się o o ścianę, patrząc zamglonym wzrokiem jak Kylie wkłada wszystko z powrotem do szafki. W pokoju dało się wyczuć dziwną atmosferę. Dostałem potwierdzenie, że to nie była moja wyobrażnia, a ta scena naprawdę się wydarzyła.
- No więc... - zaczęła cicho Daisy
- Co to do cholery było? - dokończył za dziewczynę Matt. Na jego twarzy widniało nie mniejsze zszokowanie jak na mojej.
- Pozwólcie, że wszystko wyjaśnię.
Max rozsiadł się na fotelu i założył ręce za głowę. To była dla niego bardzo ciężka sytuacja.
- Dziewczyna, którą przed chwilą widzieliście to Ariana. Jest naszą przyjaciółką. Trzy miesiące temu w jej domu wybuchł pożar, w którym zginęli jej rodzice. Po tym wypadku dziewczyna nie może się otrząsnąć. Ma napady lęku. Prawie każdej nocy śni jej się koszmar. Budzi się po nim tylko z jednym przekonaniem...
- że to ona zabiła swoich rodziców. - dokończyła za niego Kylie.
Mówiłem już coś o horrorze?
- A zabiła? - spytała Daisy, nie kryjąc zainteresowania nową osobą. Co chwila poprawiała swoje zielone włosy, co pokazywało jak bardzo zakłopotana była.
- Tego nie wiemy. Nigdy nie powiedziała nam wszystkiego.
- Staramy się pomagać jak możemy. Podajemy jej leki, rozmawiamy z nią, jednak ciężko jest zwalczyć to, co siedzi w jej głowie. - Kylie usiadła na ziemi,opierając głowę o ścianę. Przejeżdżała ręką po twarzy, aby zmyć pozostałość makijażu.
- Dlaczego nie jest ze swoją rodziną, tylko siedzi tutaj i utrudnia wam życie?
- Ponieważ Matt - zaczęła ostro Kylie, która wyglądał jakby miała go zaraz uderzyć - jesteśmy jej jedynymi znajomy. Nie wiecie co przeszła, więc nie macie prawa jej oceniać.
- W takim razie nam powiedzcie.
Okey, może zabrzmiałem wścibsko, jednak miałem do tego prawo. Jestem tylko człowiekiem, który zadaje pytania. Tak się właśnie uczę.
- Nie możemy - westchnął Max - to jej życie i jej problemy. Nie wolno rozpowiadać mi o nich na prawo i lewo. Jeśli będzie chciała, to sama wam o wszystkim opowie.
Z wyrazu twarzy Maxa wynikało, że raczej nie mamy na co liczyć. Czułem jednak, jak ciekawość rozdziera mnie od środka.
- Żadnych pytań - powiedziała Kylie, widząc moją minę.
W pokoju panowała idealna cisza. Wszyscy zastanawialiśmy się, co się przed chwilą wydarzyło. To stanowczo zbyt dużo, nawet jak dla nas.
Nagle z pokoju obok usłyszeli przerażający krzyk, który przedarł się przez ścianę. Wzdrygnąłem się na ten dżwięk. Był w nim zawarty ból dziewczyny, z którym musiała się zmagać.
- Lepiej idżmy już spać. Dzisiaj wydarzyło się bardzo dużo - Max podniósł się i ruszył w stronę pokoju. Zatrzymał się w połowie i odwrócił z poważnym wyrazem twarzy w naszą stronę - a i proszę zachowujcie się jutro normalnie.
- Udawajcie, jakby nic się tej nocy nie wydarzyło - dopowiedziała Kylie, bawiąc się między palcami zużytą strzykawką.
- Jak mamy przestać o tym myśleć i wymusić uśmiech?- wyprzedziła mnie z tym pytaniem Daisy.
- Skoro ona potrafi, to wy również.
Proszę o zostawianie komentarzy. Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy.
*Ariana*
Poczułam ukłucie w sercu. Przed oczyma zaczęły przewijać mi się sytuacje z ostatnich trzech miesięcy. W końcu wszystko zatrzymało się na tej jednej. Był to dzień moich urodzin, kiedy dowiedziałam się, że rodzice nie żyją.
Wstałam uśmiechnięta, ponieważ to dzisiaj kończyłam 19 lat. Został tylko miesiąc do zakończenia nauki w szkole, po czym miałam wyjechać na studia prawnicze. Ubrałam się w kolorową sukienkę i delikatnie pomalowałam. Uwielbiałam zachowywać się jak idealna dziewczyna z filmów dla nastolatek. Zeszłam na dół, gdzie niestety nikt na mnie nie czekał. Wsypywałam do miski czekoladowe płatki, kiedy do kuchni weszła moja mama. Była idealną osobą w każdym calu i tego oczekiwała również ode mnie.
- Odłóż te płatki dziecko, chyba nie chcesz być gruba?
Zarumieniłam się, jednak jak zawsze posłuchałam matki. Chciałam być taka jak ona, czyli bardziej niż idealna. Chciałam aby ludzie zazdrościli mi wszystkiego. W tym świecie tylko będąc perfekcyjną można coś osiągnąć.
Po chwili wszedł tutaj również tata. Idealnie wykrojony garnitur na miarę, praca, której każdy zazdrości.
- Co masz dzisiaj w szkole? - spytał, tak jak każdego poranka.
- Sprawdzian z biologi.
- Pamiętasz, czego oczekujemy?
- Zdam go na 6 tato. Obiecuję.
Zawsze tak mówiłam i zawsze dotrzymywałam obietnicy. Rodzice wywierali na mnie presję. Rozumiałam to zawsze przez to, że mnie kochają i chcą dla mnie najlepiej. Oni po prostu pragnęli, abym była szczęśliwa. Ich zamiarem nie było mnie ranić, przynajmniej tak mi się zawsze wydawało.
Nie poszłam jednak tego dnia do szkoły. Cały dzień spędziłam na ławce w parku. Wypaliłam wtedy całą paczkę moich pierwszych papierosów. Oczy miałam czerwone i opuchnięte, jednak łzy nie przestawały płynąć. Zrozumiałam, że rodzice mnie nie kochają. Nie złożyli mi nigdy życzeń na urodziny. Nigdy nie byli ze mnie zadowoleni. Nigdy nie powiedzieli, że mnie kochają. Nie zaznałam od nich miłości w całym życiu. Zawsze czułam się jak niepotrzebny śmieć, jednak starałam się ukrywać te uczucia. W końcu bariera musiała zostać przełamana.
Wypuściłam dym papierosowy po czym szepnęłam
- Pragnę, abyście umarli.
Powiedziałam to pod wpływem chwili. Byłam zdenerwowana i nie myślałam racjonalnie. Zapomniałam jednak o jednej bardzo ważnej rzeczy. Niezależnie jak wypowiedziane, słowa mają większą siłę niż czyny.
Moje pragnienie zostało więc spełnione. UMARLI.
Obudziłam się z koszmaru. Po policzkach spływały mi łzy, mocząc koszulkę. Przyłożyłam rękę do klatki piersiowej, starając się unormować oddech. Jak zwykle coś było nie tak. Krzyknęłam z frustracji, po czym zatopiłam palce w włosach, ciągnąc za nie.
- Umarli przeze mnie.
Powtarzałam to zdanie co noc, jak modlitwę. Zawsze każda litera wypala dziurę na mojej skórze.
Wstrząsnęłam się z powodu szlochu, a ręce zaczęły się coraz bardziej pocić. Zostałam nauczona co mam robić w takie sytuacji. Wstałam gwałtownie z łóżka, starając się nie upaść na nie z powrotem. Cały czas miewam potworne zawroty głowy. Kiedy złapałam równowagę, ruszyłam w stronę pokoju Maxa. Chłopak wraz z Kylie starają się co noc uspokajać moje demony. Usłyszałam jednak ożywioną kłótnie prowadzoną na dole. Zbiegłam po schodach, przeskakując co kilka stopni. Moja krótka koszulka podwijała się do góry, jednak nie miałam siły jej obciągnąć. Głosy zaprowadziły mnie do salonu. Coraz ciężej mi się oddychało, a łzy zasłaniały prawie cały widok. Zauważyłam, że w pokoju znajdowało się bardzo dużo ludzi, którzy byli zdziwienie moim widokiem. Nie interesowało mnie to, że zobaczą mnie w takim stanie. Odnalazłam Maxa, który jak zwykle w tej sytuacji wyglądał na przejętego. Wskoczyłam na jego kolana i od razu poczułam zapach perfum chłopaka. Max przyciągnął mnie do siebie, abym mogła poczuć jego ciepło. Moja klatka unosiła się coraz wolniej, a ból coraz bardziej się rozprzestrzeniał. Usłyszałam, jak demony po raz kolejny śmiały się z mojego nieszczęścia.
*Jake*
To, że byłem wściekły, to mało powiedziane. Byłem szczerze wkurwiony. Pierwszy raz od kilku miesięcy w Londynie pojawił się gang. Co oni od nas chcą? Czy ostatnim razem nie wyraziłem się jasno, że nie chcemy tutaj gości? Czy wymordowanie całego gangu wraz z ich rodzinami nie było wystarczająco oczywistym przekazem?
Miałem właśnie wdać się w kolejną już kłótnię dzisiejszego wieczoru, kiedy usłyszałem jak ktoś zbiegał po schodach. Matt zaczął wyjmować broń, jednak Max zabronił mu tego. Po chwili w progu pojawiła się dziewczyna. Nie da się opisać słowami tego, jak wyglądała. Jej brązowe włosy były w nieładzie, policzki zalane łzami, a buzię miała wykrzywioną w grymasie bólu. Widziałem, jak jej klatka piersiowa unosiła się bardzo szybko. Kim do cholery była ta dziewczyna? O czym Max i Kylie mi nie powiedzieli? Reszta osób w pokoju była równie zdziwiona co ja, oprócz tej dwójki. Czekałem tylko na dalszy ciąg wydarzeń.
Dziewczyna podbiegła do Maxa i bardzo mocno wtuliła się w chłopaka. Z tego co mi wiadomo to Max nie ma dziewczyny i jest gejem. Kylie zaczęła w ekspresowym tempie wyrzucać z szafy stojącej w kącie wszystkie rzeczy. Nieznajoma cały czas szeptała pewne słowa. W pewnym momencie udało mi się wychwycić całe zdanie - umarli przeze mnie. Nie rozumiałem tego, co się tutaj działo. Wszystko wyglądało jak scena z pieprzonego horroru. Kylie podała strzykawkę z niebieskim płynem Maxowi, a on wbił ją w rękę dziewczyny. Krzyknęła z bólu, przez co chłopak jeszcze mocniej ją do siebie przytulił.
- Wszystko w porządku mała. Walcz z tym. - w jego oczach coś błysnęło - Proszę, nie przestawaj walczyć.
Kylie była bardzo zdenerwowana. Jeszcze nigdy jej takiej nie widziałem. Opierała się o parapet, nie starając się nawet wycierać spływających po policzkach łez.
Wróciłem wzrokiem do pary siedzącej na fotelu. Oddech dziewczyny zaczął się uspokajać, a jej ciało przestało się trząść. Mimo wszystkiego widziałem, jak piękna i zraniona zarazem była. W mojej głowie od razu zaczęły się rodzić pytania, na które musiałem znać odpowiedż.
Po 5 minutach dziewczyna usnęła. Jej ręce przestały ściskać koszulkę chłopaka, a po twarzy nie płynęły już żadne łzy. Kylie odetchnęła z ulgą, a Max zaczął dziękować po cichu. Pocałował dziewczynę w czoło i wziął na ręce. Poczułem dziwne ukłucie w sercu. Zazdrość ... na pewno nie. To tylko przez nadmiar emocji. Czego miałem mu zazdrościć?
Chłopak zaniósł dziewczynę do pokoju obok, aby jak mi się wydaję, mieć na nią oko. Kiedy wrócił, oparł się o o ścianę, patrząc zamglonym wzrokiem jak Kylie wkłada wszystko z powrotem do szafki. W pokoju dało się wyczuć dziwną atmosferę. Dostałem potwierdzenie, że to nie była moja wyobrażnia, a ta scena naprawdę się wydarzyła.
- No więc... - zaczęła cicho Daisy
- Co to do cholery było? - dokończył za dziewczynę Matt. Na jego twarzy widniało nie mniejsze zszokowanie jak na mojej.
- Pozwólcie, że wszystko wyjaśnię.
Max rozsiadł się na fotelu i założył ręce za głowę. To była dla niego bardzo ciężka sytuacja.
- Dziewczyna, którą przed chwilą widzieliście to Ariana. Jest naszą przyjaciółką. Trzy miesiące temu w jej domu wybuchł pożar, w którym zginęli jej rodzice. Po tym wypadku dziewczyna nie może się otrząsnąć. Ma napady lęku. Prawie każdej nocy śni jej się koszmar. Budzi się po nim tylko z jednym przekonaniem...
- że to ona zabiła swoich rodziców. - dokończyła za niego Kylie.
Mówiłem już coś o horrorze?
- A zabiła? - spytała Daisy, nie kryjąc zainteresowania nową osobą. Co chwila poprawiała swoje zielone włosy, co pokazywało jak bardzo zakłopotana była.
- Tego nie wiemy. Nigdy nie powiedziała nam wszystkiego.
- Staramy się pomagać jak możemy. Podajemy jej leki, rozmawiamy z nią, jednak ciężko jest zwalczyć to, co siedzi w jej głowie. - Kylie usiadła na ziemi,opierając głowę o ścianę. Przejeżdżała ręką po twarzy, aby zmyć pozostałość makijażu.
- Dlaczego nie jest ze swoją rodziną, tylko siedzi tutaj i utrudnia wam życie?
- Ponieważ Matt - zaczęła ostro Kylie, która wyglądał jakby miała go zaraz uderzyć - jesteśmy jej jedynymi znajomy. Nie wiecie co przeszła, więc nie macie prawa jej oceniać.
- W takim razie nam powiedzcie.
Okey, może zabrzmiałem wścibsko, jednak miałem do tego prawo. Jestem tylko człowiekiem, który zadaje pytania. Tak się właśnie uczę.
- Nie możemy - westchnął Max - to jej życie i jej problemy. Nie wolno rozpowiadać mi o nich na prawo i lewo. Jeśli będzie chciała, to sama wam o wszystkim opowie.
Z wyrazu twarzy Maxa wynikało, że raczej nie mamy na co liczyć. Czułem jednak, jak ciekawość rozdziera mnie od środka.
- Żadnych pytań - powiedziała Kylie, widząc moją minę.
W pokoju panowała idealna cisza. Wszyscy zastanawialiśmy się, co się przed chwilą wydarzyło. To stanowczo zbyt dużo, nawet jak dla nas.
Nagle z pokoju obok usłyszeli przerażający krzyk, który przedarł się przez ścianę. Wzdrygnąłem się na ten dżwięk. Był w nim zawarty ból dziewczyny, z którym musiała się zmagać.
- Lepiej idżmy już spać. Dzisiaj wydarzyło się bardzo dużo - Max podniósł się i ruszył w stronę pokoju. Zatrzymał się w połowie i odwrócił z poważnym wyrazem twarzy w naszą stronę - a i proszę zachowujcie się jutro normalnie.
- Udawajcie, jakby nic się tej nocy nie wydarzyło - dopowiedziała Kylie, bawiąc się między palcami zużytą strzykawką.
- Jak mamy przestać o tym myśleć i wymusić uśmiech?- wyprzedziła mnie z tym pytaniem Daisy.
- Skoro ona potrafi, to wy również.
Proszę o zostawianie komentarzy. Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy.
Prolog
3 miesiące wcześniej
Usiadłam na plastikowym krzesełku z kawą parującą z kubka. Jest już moją czwartą, jednak dalej nie dała mi upragnionego ukojenia. Oparłam się o siedzenie i poczułam nieprzyjemny zapach szpitala. Oddychałam tym powietrzem od kilku godzin. Nienawidzę szpitali. Niosą one za sobą tylko śmierć. To niepisana zasada. Przecież nie ma osoby, która na słowo szpital choćby się uśmiechnęła. Nikt kto tu wszedł i nikt kto stąd wyszedł nie był szczęśliwy. Czuję jak moje włosy i ubrania pachną śmiercią. Sama na pewno wyglądam, jakbym czekała w kolejce do piekła. W końcu je dzisiaj przeżyłam. Wróciłam do domu, nie, do jego ruin. 19 lat mojego życia spłonęło wraz z wspomnieniami. Na miejscu zastałam strażaków, którzy ratowali coś czego nie było; policjantów którzy starali się mnie uspokoić. Z podjazdu wyjechała karetka z poważnie poparzonymi rodzicami, a oni chcieli żebym się uspokoiła? To nie było możliwe, ponieważ cholera, to że dom płonął było moją winą i tylko moją. No bo jak inaczej wszystko wytłumaczyć? Zawiodłam rodziców i zostałam za to ukarana.
Pielęgniarka podała mi kolejny zastrzyk uspokajający, ponieważ policjant siedzący obok mnie uważał, że straciłam rozum. Bardzo możliwe, ale czy oni sądzą, że jakieś badziewie w płynie potrafi naprawić złamaną duszę?
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała pielęgniarka po czym okryła moje trzęsące się ciało kocem.
Bądżmy jednak szczerzy. Będzie dobrze mówią tylko osoby, które wiedzą, że stanie się dokładnie na odwrót.
Siedziałam nieruchomo przez kilka godzin. W moich żyłach płynęła kofeina płynęła kofeina, mieszając się z dziwnym specyfikiem, dzięki której potrafiłam jeszcze funkcjonować.
Jednak ..... nie na długo. Moje ręce coraz bardziej się trzęsły. Czułam jak głowę powoli rozdziera przerażający ból spowodowany emocjami, których nie potrafiłam powstrzymać. Poczucie winy osiadło na moim sercu i nie chciało się stamtąd wydostać. To właśnie ono będzie mnie dręczyło do końca życia.
Z sali wyszedł lekarz. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Wstałam gwałtownie, nie przejmując się tym, że wylałam kawę na podłogę. Przez usta doktora przeszły dwa słowa, wyszeptane jak modlitwa.
- Nie żyją.
To wystarczyło. Te dwa słowa zniszczyły mnie na zawsze.
Po policzkach zaczęły spływać gorące łzy bólu i nienawiści. Nie starałam się nawet ukryć uczuć. Wydałam z siebie krzyk, szarpiąc za włosy na głowie. Nie potrafiłam poradzić sobie z narastającym smutkiem. To tak, jakby czarna fala zalewała każdy zakątek mojego umysłu. Zapragnęłam umrzeć, ponieważ sytuacja przekroczyła próg psychicznej wytrzymałości.
Czyjeś ramiona otuliły moje ciało szepcząc,jak bardzo im przykro. Mi też było przykro, ponieważ to nie ja umarłam. To mnie powinni opłakiwać, to mój pogrzeb powinni przygotowywać.
Jedyne o co teraz prosiłam, to żeby wszystkie uczucia zniknęły. Chciałam tylko, aby ból odszedł i zabrał swoją przyjaciółkę śmierć.
Nagle wszystko się zatrzymało. Nieznana mi wcześniej czerń otuliła moje ciało czarnym płaszczem. Wyszeptałam ciche przepraszam, zanim moja dusza odeszła. Serce pękło na milion kawałków, których nie dało się już posklejać. Moje drobne ciało wpadło w otchłań, z której nie było ratunku.
Aktualnie
Nazywając mnie suką będziesz miał całkowitą rację. Tylko tak można mówić o dziewczynie, która została wyprana z uczuć. Nie potrafiłam pozbierać się po śmierci rodziców. Zamieszkałam w domu mojego przyjaciela geja i przyjaciółki zdziry. Tylko dzięki nim jeszcze żyję. Są jedynymi osobami, którzy nie oceniają mnie, nie pocieszają. Wiedzą jaka jest prawda i pomagają mi przez nią przejść. Wiele razy powstrzymali mnie od samobójstwa, prosząc abym walczyła. Ja jednak zawszę ich zawodzę. Nie potrafię oprzeć się demonom, które wchodzą w najdalsze zakamarki mojej duszy. Nieznane mi głosy niszczą szwy, dzięki którym nie krwawiłam. One powiększają rany, ponieważ łakną mojego cierpienia. To kara za błędy jakie popełniłam. Nauczka za śmierć, do której doprowadziłam. Wiem, że teraz muszę z tym żyć.
Psycholog stwierdził u mnie napady lękowe. Mogę powiedzieć, że ten człowiek nic nie wie, jednak ma rację. To właśnie one niszczą mnie nocą. Są gorsze niż koszmary, gorsze niż horrory oglądane w nocy, gorsze niż głosy w twojej głowie, ponieważ są prawdziwe. Przez cały dzień uśmiechasz się. Możesz wtedy udawać, że nie masz uczuć, ale w nocy ból jest zbyt silny. Poddajesz mu się.
Jeśli mnie rozumiesz, to wiedz, że mi przykro. Słyszałam, jak mówią o nas, o tych, co wybrali ból. Jesteśmy skazani. Skazani na wieczną samotność.
Proszę o zostawienie komentarza. Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy!
Usiadłam na plastikowym krzesełku z kawą parującą z kubka. Jest już moją czwartą, jednak dalej nie dała mi upragnionego ukojenia. Oparłam się o siedzenie i poczułam nieprzyjemny zapach szpitala. Oddychałam tym powietrzem od kilku godzin. Nienawidzę szpitali. Niosą one za sobą tylko śmierć. To niepisana zasada. Przecież nie ma osoby, która na słowo szpital choćby się uśmiechnęła. Nikt kto tu wszedł i nikt kto stąd wyszedł nie był szczęśliwy. Czuję jak moje włosy i ubrania pachną śmiercią. Sama na pewno wyglądam, jakbym czekała w kolejce do piekła. W końcu je dzisiaj przeżyłam. Wróciłam do domu, nie, do jego ruin. 19 lat mojego życia spłonęło wraz z wspomnieniami. Na miejscu zastałam strażaków, którzy ratowali coś czego nie było; policjantów którzy starali się mnie uspokoić. Z podjazdu wyjechała karetka z poważnie poparzonymi rodzicami, a oni chcieli żebym się uspokoiła? To nie było możliwe, ponieważ cholera, to że dom płonął było moją winą i tylko moją. No bo jak inaczej wszystko wytłumaczyć? Zawiodłam rodziców i zostałam za to ukarana.
Pielęgniarka podała mi kolejny zastrzyk uspokajający, ponieważ policjant siedzący obok mnie uważał, że straciłam rozum. Bardzo możliwe, ale czy oni sądzą, że jakieś badziewie w płynie potrafi naprawić złamaną duszę?
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała pielęgniarka po czym okryła moje trzęsące się ciało kocem.
Bądżmy jednak szczerzy. Będzie dobrze mówią tylko osoby, które wiedzą, że stanie się dokładnie na odwrót.
Siedziałam nieruchomo przez kilka godzin. W moich żyłach płynęła kofeina płynęła kofeina, mieszając się z dziwnym specyfikiem, dzięki której potrafiłam jeszcze funkcjonować.
Jednak ..... nie na długo. Moje ręce coraz bardziej się trzęsły. Czułam jak głowę powoli rozdziera przerażający ból spowodowany emocjami, których nie potrafiłam powstrzymać. Poczucie winy osiadło na moim sercu i nie chciało się stamtąd wydostać. To właśnie ono będzie mnie dręczyło do końca życia.
Z sali wyszedł lekarz. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Wstałam gwałtownie, nie przejmując się tym, że wylałam kawę na podłogę. Przez usta doktora przeszły dwa słowa, wyszeptane jak modlitwa.
- Nie żyją.
To wystarczyło. Te dwa słowa zniszczyły mnie na zawsze.
Po policzkach zaczęły spływać gorące łzy bólu i nienawiści. Nie starałam się nawet ukryć uczuć. Wydałam z siebie krzyk, szarpiąc za włosy na głowie. Nie potrafiłam poradzić sobie z narastającym smutkiem. To tak, jakby czarna fala zalewała każdy zakątek mojego umysłu. Zapragnęłam umrzeć, ponieważ sytuacja przekroczyła próg psychicznej wytrzymałości.
Czyjeś ramiona otuliły moje ciało szepcząc,jak bardzo im przykro. Mi też było przykro, ponieważ to nie ja umarłam. To mnie powinni opłakiwać, to mój pogrzeb powinni przygotowywać.
Jedyne o co teraz prosiłam, to żeby wszystkie uczucia zniknęły. Chciałam tylko, aby ból odszedł i zabrał swoją przyjaciółkę śmierć.
Nagle wszystko się zatrzymało. Nieznana mi wcześniej czerń otuliła moje ciało czarnym płaszczem. Wyszeptałam ciche przepraszam, zanim moja dusza odeszła. Serce pękło na milion kawałków, których nie dało się już posklejać. Moje drobne ciało wpadło w otchłań, z której nie było ratunku.
Aktualnie
Nazywając mnie suką będziesz miał całkowitą rację. Tylko tak można mówić o dziewczynie, która została wyprana z uczuć. Nie potrafiłam pozbierać się po śmierci rodziców. Zamieszkałam w domu mojego przyjaciela geja i przyjaciółki zdziry. Tylko dzięki nim jeszcze żyję. Są jedynymi osobami, którzy nie oceniają mnie, nie pocieszają. Wiedzą jaka jest prawda i pomagają mi przez nią przejść. Wiele razy powstrzymali mnie od samobójstwa, prosząc abym walczyła. Ja jednak zawszę ich zawodzę. Nie potrafię oprzeć się demonom, które wchodzą w najdalsze zakamarki mojej duszy. Nieznane mi głosy niszczą szwy, dzięki którym nie krwawiłam. One powiększają rany, ponieważ łakną mojego cierpienia. To kara za błędy jakie popełniłam. Nauczka za śmierć, do której doprowadziłam. Wiem, że teraz muszę z tym żyć.
Psycholog stwierdził u mnie napady lękowe. Mogę powiedzieć, że ten człowiek nic nie wie, jednak ma rację. To właśnie one niszczą mnie nocą. Są gorsze niż koszmary, gorsze niż horrory oglądane w nocy, gorsze niż głosy w twojej głowie, ponieważ są prawdziwe. Przez cały dzień uśmiechasz się. Możesz wtedy udawać, że nie masz uczuć, ale w nocy ból jest zbyt silny. Poddajesz mu się.
Jeśli mnie rozumiesz, to wiedz, że mi przykro. Słyszałam, jak mówią o nas, o tych, co wybrali ból. Jesteśmy skazani. Skazani na wieczną samotność.
Proszę o zostawienie komentarza. Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy!
niedziela, 5 lipca 2015
Bohaterowie
Ariana (19 lat) - Palenie jest złe, ale powód przez który to robię jest gorszy.

Kylie (19 lat) - Każda mała dziewczynka po jakimś czasie staje się suką.

Alex (22 lata) - Największą sztuczką Diabła, której kiedykolwiek dokonał, było przekonanie świata, że nigdy nie istniał.

Lucas (24 lat) - Cokolwiek się powiem ludziom o sobie, powie się za dużo.

Max (23 lat) - Jeżeli nie możesz być szczęśliwy, możesz być pijany.

Matthew (25 lat) - Piekło jest puste, a wszystkie diabły są na ziemi.

Daisy ( 20 lat) - Ciebie też rozkochał, a póżniej zostawił? Piona, kurwa, idiotko.

Veronica (22 lata) - Wrażliwość sprawia, że jesteśmy słabi.

Jake (20 lat) - Ja nie mam serca, skarbie.
Kylie (19 lat) - Każda mała dziewczynka po jakimś czasie staje się suką.
Alex (22 lata) - Największą sztuczką Diabła, której kiedykolwiek dokonał, było przekonanie świata, że nigdy nie istniał.
Lucas (24 lat) - Cokolwiek się powiem ludziom o sobie, powie się za dużo.
Max (23 lat) - Jeżeli nie możesz być szczęśliwy, możesz być pijany.
Matthew (25 lat) - Piekło jest puste, a wszystkie diabły są na ziemi.
Daisy ( 20 lat) - Ciebie też rozkochał, a póżniej zostawił? Piona, kurwa, idiotko.
Veronica (22 lata) - Wrażliwość sprawia, że jesteśmy słabi.
Jake (20 lat) - Ja nie mam serca, skarbie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)