niedziela, 12 lipca 2015

Rozdział 1 Umarli przeze mnie

  Czcionka pochyła to sen Ariany.
*Ariana*
Poczułam ukłucie w sercu. Przed oczyma zaczęły przewijać mi się sytuacje z ostatnich trzech miesięcy. W końcu wszystko zatrzymało się na tej jednej. Był to dzień moich urodzin, kiedy dowiedziałam się, że rodzice nie żyją.
Wstałam uśmiechnięta, ponieważ to dzisiaj kończyłam 19 lat. Został tylko miesiąc do zakończenia nauki w szkole, po czym miałam wyjechać na studia prawnicze. Ubrałam się w kolorową sukienkę i delikatnie pomalowałam. Uwielbiałam zachowywać się jak idealna dziewczyna z filmów dla nastolatek. Zeszłam na dół, gdzie niestety nikt na mnie nie czekał. Wsypywałam do miski czekoladowe płatki, kiedy do kuchni weszła moja mama. Była idealną osobą w każdym calu i tego oczekiwała również ode mnie. 
- Odłóż te płatki dziecko, chyba nie chcesz być gruba?
Zarumieniłam się, jednak jak zawsze posłuchałam matki. Chciałam być taka jak ona, czyli bardziej niż idealna. Chciałam aby ludzie zazdrościli mi wszystkiego. W tym świecie tylko będąc perfekcyjną można coś osiągnąć.
Po chwili wszedł tutaj również tata. Idealnie wykrojony garnitur na miarę, praca, której każdy zazdrości. 
- Co masz dzisiaj w szkole? - spytał, tak jak każdego poranka. 
- Sprawdzian z biologi. 
- Pamiętasz, czego oczekujemy?
- Zdam go na 6 tato. Obiecuję. 
Zawsze tak mówiłam i zawsze dotrzymywałam obietnicy. Rodzice  wywierali na mnie presję. Rozumiałam to zawsze przez to, że mnie kochają i chcą dla mnie najlepiej. Oni po prostu pragnęli, abym była szczęśliwa. Ich zamiarem nie było mnie ranić, przynajmniej tak mi się zawsze wydawało. 
Nie poszłam jednak tego dnia do szkoły. Cały dzień spędziłam na ławce w parku. Wypaliłam wtedy całą paczkę moich pierwszych papierosów. Oczy miałam czerwone i opuchnięte, jednak łzy nie przestawały płynąć. Zrozumiałam, że rodzice mnie nie kochają. Nie złożyli mi nigdy życzeń na urodziny. Nigdy nie byli ze mnie zadowoleni. Nigdy nie powiedzieli, że mnie kochają. Nie zaznałam od nich miłości w całym życiu. Zawsze czułam się jak niepotrzebny śmieć, jednak starałam się ukrywać te uczucia. W końcu bariera musiała zostać przełamana. 
Wypuściłam dym papierosowy po czym szepnęłam
- Pragnę, abyście umarli. 
Powiedziałam to pod wpływem chwili. Byłam zdenerwowana i nie myślałam racjonalnie. Zapomniałam jednak o jednej bardzo ważnej rzeczy. Niezależnie jak wypowiedziane, słowa mają większą siłę niż czyny. 
Moje pragnienie zostało więc spełnione. UMARLI.
Obudziłam się z koszmaru. Po policzkach spływały mi łzy, mocząc koszulkę. Przyłożyłam rękę do klatki piersiowej, starając się unormować oddech. Jak zwykle coś było nie tak. Krzyknęłam z frustracji, po czym zatopiłam palce w włosach, ciągnąc za nie.
- Umarli przeze mnie.
Powtarzałam to zdanie co noc, jak modlitwę. Zawsze każda litera wypala dziurę na mojej skórze.
Wstrząsnęłam się z powodu szlochu, a ręce zaczęły się coraz bardziej pocić. Zostałam nauczona co mam robić w takie sytuacji.  Wstałam gwałtownie z łóżka, starając się nie upaść na nie z powrotem. Cały czas miewam potworne zawroty głowy. Kiedy złapałam równowagę, ruszyłam w stronę pokoju Maxa. Chłopak wraz z Kylie starają się co noc uspokajać moje demony. Usłyszałam jednak ożywioną kłótnie prowadzoną na dole. Zbiegłam po schodach, przeskakując co kilka stopni. Moja krótka koszulka podwijała się do góry, jednak nie miałam siły jej obciągnąć. Głosy zaprowadziły mnie do salonu. Coraz ciężej mi się oddychało, a łzy zasłaniały prawie cały widok. Zauważyłam, że w pokoju znajdowało się bardzo dużo ludzi, którzy byli zdziwienie moim widokiem. Nie interesowało mnie to, że zobaczą mnie w takim stanie. Odnalazłam Maxa, który jak zwykle w tej sytuacji wyglądał na  przejętego. Wskoczyłam na jego kolana i od razu poczułam zapach perfum chłopaka. Max przyciągnął mnie do siebie, abym mogła poczuć jego ciepło. Moja klatka unosiła się coraz wolniej, a ból coraz bardziej się rozprzestrzeniał. Usłyszałam, jak demony po raz kolejny śmiały się z mojego nieszczęścia.

*Jake*
To, że byłem wściekły, to mało powiedziane. Byłem szczerze wkurwiony. Pierwszy raz od kilku miesięcy w Londynie pojawił się gang. Co oni od nas chcą? Czy ostatnim razem nie wyraziłem się jasno, że nie chcemy tutaj gości? Czy wymordowanie całego gangu wraz z ich rodzinami nie było wystarczająco oczywistym przekazem?
Miałem właśnie wdać się w kolejną już kłótnię dzisiejszego wieczoru, kiedy usłyszałem jak ktoś zbiegał po schodach. Matt zaczął wyjmować broń, jednak Max zabronił mu tego. Po chwili w progu pojawiła się dziewczyna. Nie da się opisać słowami tego, jak wyglądała. Jej brązowe włosy były w nieładzie, policzki zalane łzami, a buzię miała wykrzywioną w grymasie bólu. Widziałem, jak jej klatka piersiowa unosiła się bardzo szybko. Kim do cholery była ta dziewczyna? O czym Max i Kylie mi nie powiedzieli? Reszta osób w pokoju była równie zdziwiona co ja, oprócz tej dwójki. Czekałem tylko na dalszy ciąg wydarzeń.
Dziewczyna podbiegła do Maxa i bardzo mocno wtuliła się w chłopaka. Z tego co mi wiadomo to Max nie ma dziewczyny i jest gejem. Kylie zaczęła w ekspresowym tempie wyrzucać z szafy stojącej w kącie wszystkie rzeczy. Nieznajoma cały czas szeptała pewne słowa. W pewnym momencie udało mi się wychwycić całe zdanie - umarli przeze mnie. Nie rozumiałem tego, co się tutaj działo. Wszystko wyglądało jak scena z pieprzonego horroru. Kylie podała strzykawkę z niebieskim płynem Maxowi, a on wbił ją w rękę dziewczyny. Krzyknęła z bólu, przez co chłopak jeszcze mocniej ją do siebie przytulił.
- Wszystko w porządku mała. Walcz z tym. - w jego oczach coś błysnęło - Proszę, nie przestawaj walczyć.
Kylie była bardzo zdenerwowana. Jeszcze nigdy jej takiej nie widziałem. Opierała się o parapet, nie starając się nawet wycierać spływających po policzkach łez.
Wróciłem wzrokiem do pary siedzącej na fotelu. Oddech dziewczyny zaczął się uspokajać, a jej ciało przestało się trząść. Mimo wszystkiego widziałem, jak piękna i zraniona zarazem była. W mojej głowie od razu zaczęły się rodzić pytania, na które musiałem znać odpowiedż.
Po 5 minutach dziewczyna usnęła. Jej ręce przestały ściskać koszulkę chłopaka, a po twarzy nie płynęły już żadne łzy. Kylie odetchnęła z ulgą, a Max zaczął  dziękować po cichu. Pocałował dziewczynę w czoło i wziął na ręce. Poczułem dziwne ukłucie w sercu. Zazdrość ... na pewno nie. To tylko przez nadmiar emocji. Czego miałem mu zazdrościć?
Chłopak zaniósł dziewczynę do pokoju obok, aby jak mi się wydaję, mieć na nią oko. Kiedy wrócił, oparł się o o ścianę, patrząc zamglonym wzrokiem jak Kylie wkłada wszystko z powrotem do szafki.  W pokoju dało się wyczuć dziwną atmosferę. Dostałem potwierdzenie, że to nie była moja wyobrażnia, a ta scena naprawdę się wydarzyła. 
- No więc... - zaczęła cicho Daisy
- Co to do cholery było? - dokończył za dziewczynę Matt. Na jego twarzy widniało nie mniejsze zszokowanie jak na mojej.
- Pozwólcie, że wszystko wyjaśnię.
Max rozsiadł się na fotelu i założył ręce za głowę. To była dla niego bardzo ciężka sytuacja.
- Dziewczyna, którą przed chwilą widzieliście to Ariana. Jest naszą przyjaciółką. Trzy miesiące temu w jej domu wybuchł pożar, w którym zginęli jej rodzice. Po tym wypadku dziewczyna nie może się  otrząsnąć. Ma napady lęku. Prawie każdej nocy śni jej się koszmar. Budzi się po nim tylko z jednym przekonaniem...
- że to ona zabiła swoich rodziców. - dokończyła za niego Kylie.
Mówiłem już coś o horrorze? 
- A zabiła? - spytała Daisy, nie kryjąc zainteresowania nową osobą. Co chwila poprawiała swoje zielone włosy, co pokazywało jak bardzo zakłopotana była.
- Tego nie wiemy. Nigdy nie powiedziała nam wszystkiego. 
- Staramy się pomagać jak możemy. Podajemy jej leki, rozmawiamy z nią, jednak ciężko jest zwalczyć to, co siedzi w jej głowie. - Kylie usiadła na ziemi,opierając głowę o ścianę. Przejeżdżała ręką po twarzy, aby zmyć pozostałość makijażu.
- Dlaczego nie jest ze swoją rodziną, tylko siedzi tutaj i utrudnia wam życie?
- Ponieważ Matt - zaczęła ostro Kylie, która wyglądał jakby miała go zaraz uderzyć - jesteśmy jej jedynymi znajomy. Nie wiecie co przeszła, więc nie macie prawa jej oceniać.
- W takim razie nam powiedzcie.
Okey, może zabrzmiałem wścibsko, jednak miałem do tego prawo. Jestem tylko człowiekiem, który zadaje pytania. Tak się właśnie uczę.
- Nie możemy - westchnął Max - to jej życie i jej problemy. Nie wolno rozpowiadać mi o nich na prawo i lewo. Jeśli będzie chciała, to sama wam o wszystkim opowie.
Z wyrazu twarzy Maxa wynikało, że raczej nie mamy na co liczyć. Czułem jednak, jak ciekawość rozdziera mnie od środka.
- Żadnych pytań - powiedziała Kylie, widząc moją minę.
W pokoju panowała idealna cisza. Wszyscy zastanawialiśmy się, co się przed chwilą wydarzyło. To stanowczo zbyt dużo, nawet jak dla nas.
Nagle z pokoju obok usłyszeli przerażający krzyk, który przedarł się przez ścianę. Wzdrygnąłem się na ten dżwięk. Był w nim zawarty ból dziewczyny, z którym musiała się zmagać.
- Lepiej idżmy już spać. Dzisiaj wydarzyło się bardzo dużo - Max podniósł się i ruszył w stronę pokoju. Zatrzymał się w połowie i odwrócił z poważnym wyrazem twarzy w naszą stronę - a i proszę zachowujcie się jutro normalnie.
- Udawajcie, jakby nic się tej nocy nie wydarzyło - dopowiedziała Kylie, bawiąc się między palcami zużytą strzykawką.
- Jak mamy przestać o tym myśleć i wymusić uśmiech?- wyprzedziła mnie z tym pytaniem Daisy.
- Skoro ona potrafi, to wy również.

Proszę o zostawianie komentarzy. Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz